Naciśnij “Enter” aby skoczyć do treści

Autobusem po Hawajach – perspektywa wózkowiczki

tekst: Magdalena Wojciechowska

Z pewnością nie jeden i nie jedna z Was myśląc o Ameryce Północnej, wyobraża sobie nieograniczone możliwości w każdej sferze, życie na pełnym luzie, pozbawione jakichkolwiek barier, zarówno architektonicznych, jak i tych osadzonych w ludzkich głowach. Jeżeli szukać wzoru dostępności, to przecież właśnie tam, za oceanem. Nie mam co do tego wątpliwości, troszkę mnie tylko bawi, że akurat w takim miejscu w trakcie kolejnej naszej wyprawy nurkowej napotkaliśmy więcej trudności logistyczno-transferowych niż kiedykolwiek wcześniej. A bywaliśmy już w wielu różnych miejscach. My, czyli ekipa nurków HSA (amerykańskiego Stowarzyszenia Nurków z Niepełnosprawnościami), z którą od kilku lat mam ogromną przyjemność i szczęście podróżować po całym świecie i podejmować rozmaite wyzwania, które myślę, że stały się sensem naszego życia. Moim na pewno. Opowieści o nurkowaniu i podróżach bez barier będzie jeszcze wiele na tym blogu.

W maju tego roku kilkunastoosobowa grupa wybrała się na długo planowaną i wyczekiwaną wyprawę na Hawaje. Ekipa bardzo zróżnicowana pod względem doświadczenia w podróżowaniu, nurkowaniu, wieku, sprawności. Oprócz mnie, były jeszcze dwie osoby poruszające się na wózkach i jedna z chodzikiem. Najpierw dwie godziny lotu do Paryża, a stamtąd już tylko niecałe dwanaście do Los Angeles, gdzie jest nasza pierwsza baza.

Już na samym początku powoli zaczęła ulatniać się magiczna aura oczarowania i wielkich wyobrażeń na temat wzorowej amerykańskiej organizacji. W LAX godzinę czekamy na sam chodzik, nie mamy przydzielonych asystentów, którzy wsparliby nas w przejściu wszystkich procedur poprzylotowych, panuje ogólny chaos. Ale ok, wydostajemy się w końcu na zewnątrz lotniska, gdzie zamiast dwóch zamówionych wcześniej busów przyjeżdża po nas tylko jeden. Dzielimy się – jedna grupa jedzie podstawionym samochodem, druga lotniskowym autobusem, który następnie dowozi nas na postój taksówek, gdzie znów dzielimy się na jeszcze dwie mniejsze grupki, bo wszyscy razem byśmy się nie zmieścili. Tutaj poznajemy wspaniałe taksówki, do których bez problemu można wjechać wózkiem. W trakcie godzinnej jazdy do hotelu toczą się dyskusje z naszym kierowcą Etiopczykiem, który tłumaczy nam fenomen dostępności taksówek w LA i procedury ich zamawiania.

Po dwóch dniach przechadzania się ulicami Hollywood, przekwaterowujemy się do Honolulu. W zagłębiu zieleni, rozbijających się wysokich fal, surferów wędrujących po ulicach z kolorowymi deskami pod pachą przemieszczamy się głównie komunikacją miejską. Wszystkie autobusy mają automatycznie otwierane klapy, a kierowcy skrupulatnie przypinają klamrami wózki do podłoża, żeby ani drgnęły w trakcie jazdy. Profesjonalizm w pełnym wydaniu. Schody się zaczynają, gdy okazuje się, że Amerykanie bardzo restrykcyjnie przestrzegają zasad. Do jednego autobusu mogą wsiąść tylko dwie osoby na wózkach i ani jedna więcej. Koniec dyskusji. Tym samym przy każdej podróży autobusem musieliśmy dzielić się na minimum dwie grupy, tak by limit wózków był spełniony. Oznaczało to długie czekanie na przyjazd tych drugich, bo przeważnie podróż w jedną stronę trwała około godziny, a rozkład jazdy nie istniał. Jak coś przyjechało, to przyjechało.

Największe zaskoczenie spotkało nas w trakcie wycieczki do Pearl Harbor. Mieliśmy już dużo wcześniej zarezerwowanego dużego busa z windą, nawet na bilecie widniała odpowiednia ilość wózków. Podekscytowani oczekujemy na przystanku, widzimy nadjeżdżający śliczny czarny autokar z różowymi kwiatkami. To nasz. Niestety, nie wszyscy nim pojadą. Limuzyna nie ma żadnej windy, a pani kierowca nie ma pojęcia o szczegółach zgłoszonej rezerwacji, mimo posiadanego przez nas biletu z wpisaną liczbą OzN. Proponuje inny termin wycieczki. Oczywiście nie jest to dla nas satysfakcjonująca oferta i tradycyjnie rozdzielamy się. Cała grupa chodziaków jedzie zamówionym autokarem, a wózkowicze, z jedną chodziaczką na czele, autobusem miejskim. Ponieważ jest nas trójka na wózkach, więc przekraczamy dostępny limit, to jedziemy dwoma autobusami, wiadomo. W różnych odstępach czasu.

Naszą małą grupkę omija krajoznawcza objazdówka po mieście z autokarową przewodniczką i lunch. Ale i tak jest super, bo udaje nam się zdobyć pyszne Magnumy i uczymy się samodzielności.

To jednak nie koniec wrażeń. Przeprawa na pokład USS „Missouri” odbywa się również autobusami, z których tylko nieliczne są przystosowane. Gdy nadjeżdża ten jeden jedyny z windą, na nic zdają się dyskusje i prośby, żeby zabrali razem naszą czwórkę, zmęczoną całodniowym upałem i transferami. „Za dużo wózków, nic nie mogą zrobić”. Chłopaki wjeżdżają windą, a mnie przyjaciółka bierze na ręce, wchodzi ze mną po stromych schodach do autobusu i siadam u niej na kolanach, bo inaczej nie dam rady. Nikt nam przy tym nie pomaga. Mój wózek idzie do bagażnika. Czy tak jest bezpieczniej? Nie wiem, najważniejsze, że wymóg dwóch wózków w jednym pojeździe został spełniony…

Nie mieliśmy dużo czasu na zwiedzanie, zbliżała się godzina zamknięcia muzeum. Ale dzięki temu chociaż przez chwilę praktycznie cały okręt był wyłącznie dla nas, a nasze wspólne zdjęcie zwycięzców pod ogromną wieżą artyleryjską nie ma sobie równych.

Atrakcja zaliczona, teraz trzeba jakoś wrócić. Znów włazimy po schodach do autobusu, następnie szukamy kolejnego przystanku, jeden jest nieczynny, więc pniemy się dalej lekko w górę, omal nie wyziewając ducha po całym dniu. Znajdujemy przystanek, mijają nas kolejne autobusy, nasz nie wiadomo, kiedy będzie. Po dłuższej chwili w końcu się zjawia, chłopaki jadą pierwsi, my dwie, z wiadomych przyczyn, już nie możemy. Zostajemy same na środku skrzyżowania, pod wiaduktem, z wiszącą zieloną tablicą z napisem „Arizona” i siąpiącym deszczem. „Trochę to surrealistyczne, nie uważasz?”, pytam moją towarzyszkę.

Po jakichś czterdziestu minutach czekania, godzinie jazdy autobusem z mrożącą krew w żyłach klimatyzacją i o potwornym głodzie, jesteśmy z powrotem w Honolulu. Już w komplecie.