Naciśnij “Enter” aby skoczyć do treści

dzielimy się Posty

Promowane

Dylematy dostępności w projekcie dotyczącym dostępności

tekst: Agata Etmanowicz

Przygotowując projekt #dostępnośćuczęsię zaplanowałyśmy uzupełnienie go – podsumowanie – poprzez specjalne, dedykowane wydanie internetowego Magazynu Purpose. Zdecydowałyśmy się na ten krok pomimo tego, że strona Purpose nie jest zgodna z wytycznymi w zakresie dostępności stron internetowych, czyli WCAG (od ang. Web Content Accessibility Guidelines) w ich obecnie obowiązującej wersji 2.1. To była w pełni świadoma decyzja.

Dlaczego tak? Przede wszystkim dlatego, że zależny nam na dotarciu z przekazem o pożyteczności, fajności dostępności w kulturze – do ludzi kultury właśnie, a ci właśnie Purpose subskrybują. Dlatego, że Purpose ma ogromny kapitał, który budowany był latami. Wiemy też o tym, że nie ma tam złych intencji, wręcz przeciwnie – są chęci, potrzeba zmiany, wiadomo czego chwilowo brak…

W związki z powyższym, od początku miałyśmy plan! Wymyśliłyśmy, że równolegle wydamy magazyn w formie dostępnych plików w formacie PDF.

Generalnie rzecz biorąc, możemy (my wszyscy, Wy też) mieć wpływ na nośniki, które należą do nas – analogicznie: nie mamy wpływu i nie jesteśmy w stanie zmienić wszystkiego wszędzie, gdzieś indziej, szczególnie przy ograniczonych środkach finansowych.

Opowiadamy o tym dlatego, żebyście wiedzieli i wiedziały, że dylematy dostępności są naszą codziennością. My też podejmujemy czasem trudne decyzje. Zestawiamy plusy i minusy, korzyści i straty.

W tym przypadku plusów była cała masa – z naciskiem na wcześniej wspomniany argument: Purpose czytają ludzie, którzy są naszą grupą odbiorców i odbiorczyń. Jest ich dziesięć tysięcy.  Minus był jeden. Za to dla nas o charakterze kluczowym: strona wydawcy nie spełnia wytycznych dostępności. Nie mogłyśmy i nie chciałyśmy dopuścić do sytuacji, w której z treściami nie będzie mógł_a zapoznać się każdy_a, który_a może mieć na to ochotę. Stąd, towarzyszący nam od początku projektu pomysł o charakterze kompromisowym, uzgodniony z wydawcą, żeby ten numer Purpose wystąpił także w formie pdf. Niezależnie od tego, że to tzw. dodatkowa robota, czas. Jest jak jest, coś za coś i inne takie…

W sytuacji idealnej – robi się raz: od początku do końca dostępnie i już! Nie ma wtedy żadnych “dodatkowości”. A jak się nie ma co się lubi… (to wiadomo!:))

Pamiętacie jak nazywa(ł) się projekt? #dostępnośćuczęsię! No, to jak już przygotowałyśmy pdf’y, to okazało się, że to jednak nie jest najlepsze rozwiązanie na świecie, bo znacznie sprawniej i łatwiej (dla potencjalnych odbiorców i odbiorczyń) będzie jak wrzucimy teksty po prostu tu, tj. na naszą stronę. Na naszą – być może nie idealną – ale dostępną stronę, że dodamy:)

Tak więc czynimy. Po konsultacjach, pouczone, wyedukowane trochę bardziej. Dostępność to też stwarzanie możliwości, dawanie wyboru, więc jeśli ktoś preferuje i nie używa programu odczytu ekranu, to zapraszamy do oryginału tj. na stronę Purpose (www.https://purpose.com.pl), a jak ktoś woli, żeby mu się ładnie “czytało uszami”, to zapraszamy do lektury u nas. Postaramy się oddać strukturę Magazynu Purpose poprzez umieszczenie każdego działu w osobnym poście, a żeby ułatwić nawigację, umieszczamy spis treści i wszystkie posty zgromadzimy w osobnej kategorii pt. PURPOSE #dostępnośćuczęsię.

nr 83 Październik 2020
temat numeru: #dostępnośćuczęsię

Od redakcji
Wprowadzenie do numeru

Wywiad
Perspektywa publiczności – rozmowy Agaty Etmanowicz i Justyny Kieruzalskiej

Prezentacja
Teatr 21

Analiza
OWF, czyli Festiwal dla Wszystkich od bacstage’a –  tekst Agata Etmanowicz

Kariera
Być jak Hadid i Caryca w jednym – rozmowa z Pauliną Totą

Przemysły
Leżę i Pracuję

Młoda
Tłumaczenie artystyczne – rozmowa z Asią Ciesielską i Magdą Schromovą

Warsztaty
Narzędziownik. Czyli jak? – tekst Martyna Groth

Felieton
#dylematyAgaty: człowiekocentryczność a człowiek – tekst Agata Etmanowicz

Na marginesie
Postaw na dostępność w mediach społecznościowych – tekst Mikołaj Rotnicki

Zostaw komentarz

Na marginesie: Postaw na dostępność w mediach społecznościowych

tekst: Mikołaj Rotnicki

Z mediów społecznościowych korzysta obecnie kilka miliardów użytkowników. Każdego dnia umieszczają oni w swoich postach ogromne ilości zdjęć. Być może nawet nie przyszło Ci do głowy, że wśród odbiorców tych treści jest kilka milionów osób, które samych zdjęć nie mogą zobaczyć. Niektórzy dlatego, że mają duże problemy ze wzrokiem, a niektórzy dlatego, że wzrokiem nie posługują się wcale. Na szczęście, przy odrobinie zaangażowania z Twojej strony można sprawić, aby zdjęcia umieszczane przez Ciebie na Facebooku, Instagramie czy Twitterze stały się bardziej dostępne dla osób niewidomych i słabowidzących. Jak to zrobić? Zapraszam do lektury!

Niewidomi też korzystają z mediów społecznościowych

Może Cię to zaskoczy, ale osoby niewidome i słabowidzące też używają komputerów, tabletów czy smartfonów. Robią to nieco inaczej niż widzący. Dzięki specjalnym programom – czytnikom ekranu – treści tekstowe wyświetlane na ekranie są im odczytywane głosem syntezatora mowy. Obecnie takie ułatwienia wbudowane są w prawie każdy komputer, tablet czy smartfon. Dzięki temu osoby z niepełnosprawnością wzroku mają możliwość korzystania z internetu – w tym portali społecznościowych.

Jednak treści zamieszczane w mediach społecznościowych to już nie tylko tekst, ale również zdjęcia i filmy, które bez odpowiedniej alternatywy tekstowej niestety nie są dostępne dla osób niewidomych i słabowidzących, korzystających z czytników ekranu. Na szczęście właściciele portali społecznościowych takich jak Facebook, Instagram czy Twitter od pewnego czasu zwracają uwagę na ten problem. W ostatnim czasie we wszystkich wymienionych portalach pojawiły się nowe funkcje, umożliwiające dodanie opisów (tzw. tekstów alternatywnych) do publikowanych zdjęć.

Prawidłowe dodawanie tekstów alternatywnych do zdjęć na portalach społecznościowych

Gdy utworzony przez Ciebie tekst posta jest już gotowy i zabierasz się do dołączenia do niego zdjęć, należy najpierw zastanowić się, jaki opis powinno mieć każde z nich. Powszechnie znane powiedzenie mówi: „obraz wart jest tysiąca słów”. Jednak bez paniki! Tworząc dobry tekst alternatywny, nie musisz używać aż tylu wyrazów. Jedną z naczelnych zasad jest zwięzłość tekstu alternatywnego. Potraktuj ilość 100 znaków jako rozsądną granicę długości takiego opisu. Skup się przede wszystkim na istocie przekazywanej przez obraz treści oraz na kontekście, w jakim go umieszczasz – miej na względzie całość posta (tekst + zdjęcia), który publikujesz.

Gdy już przygotujesz teksty alternatywne, pora na ich dodanie we właściwym, przeznaczonym do tego miejscu. Na każdym z wymienionych portali społecznościowych i w zależności od tego, czy używasz przeglądarki internetowej na komputerze, czy aplikacji mobilnej na smartfonie lub tablecie, robi się to inaczej. Dokładne i aktualne instrukcje znajdziesz pod poniższymi linkami:

Dodawanie tekstów alternatywnych do zdjęć na Facebooku
Dodawanie tekstów alternatywnych do zdjęć na Instagramie
Dodawanie tekstów alternatywnych do zdjęć na Twitterze

WAŻNE!
Pamiętaj, że tekstów alternatywnych NIE NALEŻY dodawać w treści posta!

Wszystko w Twoich rękach

Dostępność treści dla jak największej liczby odbiorców w jak największym zakresie, w szczególności w mediach społecznościowych, jest niezwykle ważna. Z treści publikowanych w dostępny sposób korzystają nie tylko osoby z niepełnosprawnościami, ale wszyscy użytkownicy. Postaraj się zatem, aby za każdym razem, gdy do postów dodajesz zdjęcia, przygotować i umieścić w odpowiednim miejscu tekst alternatywny. To naprawdę nie jest trudne!

Zachęcam także do obejrzenia mojego wykładu, pokazującego jak w praktyce wygląda dodawanie i działanie tekstów alternatywnych w mediach społecznościowych. Znajdziesz go pod poniższym linkiem: https://www.youtube.com/watch?v=KRcRfbMGx1o&fbclid=IwAR3WxkCfzHmCf5YPMhrmeEcuzT2Q_MvzTOa_MyK1w11Mw9YeljwvB8zGjDg


Czarno-białe zdjęcie w kwadratowej, czarno-żółtej ramce, przypominającej taśmę ostrzegawczą. Z lewej strony ramka jest przerwana a w przerwie znajduje się żółty znaczek „hasztag”. Na zdjęciu krótkowłosy mężczyzna siedzący na fotelu biurowym, ubrany w koszulę z kołnierzykiem, patrzący w obiektyw. Zdjęcie robione z góry – mężczyzna patrzy w górę. Na zdjęciu jest Mikołaj Rotnicki.


Mikołaj Rokitnicki
 – „Ewangelista”, trener, audytor i specjalista ds. dostępności informacji elektronicznej. Propagator filozofii uniwersalnego projektowania. Współtwórca rozwiązań i aplikacji mobilnych wspierających osoby z niepełnosprawnością wzroku. Autor licznych artykułów, audycji i publikacji, poświęconych dostępności oraz nowoczesnym technologiom asystującym a także – rozwiązań zapewniających dostępność (serwis „Twój e-PIT” Ministerstwa Finansów). Bloger, prowadzący serwis Raport dostępności. Człowiek wielu talentów i ogromnej wiedzy: uczestniczył w pracach nad autoryzowanym tłumaczeniem standardu WCAG 2.0 i  WCAG 2.1 na język polski, konsultował rozwiązania prawne, m. in. Ustawę o dostępności cyfrowej. Pasjonat i użytkownik urządzeń z logo nadgryzionego jabłka.


tekst pochodzi z Magazynu PURPOSE – nr 83 Październik 2020 – temat numeru: #dostępnośćuczęsię

projekt #dostępnośćuczęsię dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”.

Komentarze zablokowane

Felieton: #dylematyAgaty: człowiekocentryczność a człowiek

Tekst: Agata Etmanowicz

Audience development, design thinking, design for all czy projektowanie uniwersalne to terminy, które w ostatnich latach wyraźnie zyskały na popularności. Pojawiają się nowi specjaliści i specjalistki, hasła znajdują miejsce w prawie każdym projekcie, działaniu, konferencji branżowej. Najczęściej jednak w kontekście marketingu, komunikacji, badań publiczności, rzadziej jako holistyczne podejście do pracy w instytucji/organizacji kultury. W teorii brzmi świetnie, w praktyce… bywa różnie. Mówi się o ludziach: odbiorcach i odbiorczyniach kultury, publicznościach, projektuje nowe rozwiązania, szkoli i warsztatuje, publiczność segmentuje według wieku, wykształcenia, czasem nawet udaje się według potrzeb i motywacji uczestnictwa, ale o ludziach jednocześnie się zapomina. Przynajmniej o niektórych. Ci, którym przypisuje się „potrzeby szczególne, specjalne”, w „segmentacyjnych pudełeczkach” jakoś się nie mieszczą…

Lubimy różne trendy – także my, tj. ludzie w sektorze kultury. Czasem my w sektorze kultury nawet bardziej. Co kilka lat pojawia się coś nowego. Bierzemy to sobie i robimy z tym, co chcemy, do czasu, kiedy nie pojawi się coś nowszego, coś ładniejszego, coś kolejnego. Tak było (i nadal jest) np. z audience development, design thinking czy design for all. Ładnie brzmiące, anglojęzyczne, przysposobione, dopasowane do pracy, warsztatowane, w projektach zbudżetowane, na branżowych imprezach jako tzw. dobre praktyki zaprezentowane, w pięknych kolorowych publikacjach opisane, w mediach społecznościowych ograne. Słowem: zrobione. Ile jest jednak prawdy w tych wszystkich działaniach? Jak bliskie, czy też może inaczej: jak dalekie są oryginalnym koncepcjom stojącym za hasłami?

Wszystkie ww. niby człowiekocentryczne. „Człowiekocentryczne” – ładnie brzmi, prawda? Zastanawiam się tylko, ile jest człowieka w „designthinkingowej człowiekocentryczności”, jeśli niektórych ludzi traktuje się jako „użytkowników i użytkowniczki skrajne”? Ile jest człowieka – prawdziwego człowieka – w naszkicowanych na warsztatach „personach”? I kim on jest? Sobą? Czy też naszym wyobrażeniem o nim, ba! więcej: czy można na tej podstawie uogólniać, tworzyć „segmenty” i „grupy docelowe”? Ile jest „uniwersalności” w projektowaniu uniwersalnym, jeśli zamiast używać tego, co faktycznie uniwersalne, sprawdzone, pomierzone, zawsze możemy ładniej, lepiej, inaczej i od nowa, żeby np. bardziej pasowało do naszej identyfikacji wizualnej? Ile jest publiczności w „audience”? Ile jest prawdziwej chęci w deklaracjach o potrzebie dotarcia do nowych publiczności, skoro część eliminujemy, nie stwarzając szansy? I jeszcze jedno pytanie: ile jest refleksji w przyjmowaniu tych wszystkich metod i koncepcji?  

Mam wrażenie, że w codziennej praktyce sektora kultury (i nie tylko!) wychodzi jakoś tak, że ten człowiek „ustawiony w centrum” jest misternie wyselekcjonowany. Wzmocniony marketingowym „jak jesteśmy dla wszystkich, to znaczy, że jesteśmy dla nikogo”. Zgadzam się: nie musimy być dla wszystkich, nie musimy odpowiadać na wszystkie gusta i preferencje artystyczne wszystkich potencjalnych publiczności, bo, jak wiadomo z porzekadeł i tradycji, „jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził”. Tylko czym innym jest „bycie dla wszystkich”, a czym innym wyłączenie – bardziej lub mniej świadome – niektórych. Szczególnie posiadając wszystkie te piękne hasła i „człowiekocentryczne” koncepcje na sztandarach.

No i w końcu dochodzimy do… dostępności. Ten termin też zyskuje ostatnio na popularności. Tylko mniej ze względu na modę, a bardziej w związku z widmem strachu. Pojawiła się ustawa, pojawiły się konkretne narzędzia do egzekwowania dostępności, pojawiły się nowe obowiązki i stanowiska pracy – koordynatorów i koordynatorek dostępności. Projektowanie uniwersalne jest dla „wszystkich” (przynajmniej w teorii), dostępność (także w teorii) jest dla osób z różnymi niepełnosprawnościami. I tu dla jasności: nie ze „szczególnymi potrzebami” (pomimo tego, że taki właśnie tytuł nosi ustawa – mowa o ustawie z dnia 19 lipca 2019 r. o zapewnianiu dostępności osobom ze szczególnymi potrzebami), bo potrzeby co do zasady są takie same – zestawy potrzeb się różnią, występowanie i częstotliwość występowania niektórych potrzeb się różni, sposoby ich zaspokajania też mogą być różne, ale potrzeby to potrzeby. Tylko że niektórzy i niektóre z nas napotykają w drodze do ich zaspokojenia na bardzo konkretne bariery. Nawet tych najbardziej podstawowych. A to już co innego.

Nie lubię, całą sobą nie lubię terminu „wykluczeni z kultury”. Bo nawet jeśli mówimy o samowykluczeniu, opierającym się na myśleniu o samym_samej sobie: „to nie dla takich ludzi jak ja”, to czy my, ludzie kultury, nie ponosimy za to choć częściowej odpowiedzialności? Czy poprzez to, jak konstruujemy program, a przede wszystkim jak opowiadamy siebie/o sobie na zewnątrz, to, jakim językiem to robimy, nie wpływa na ten stan rzeczy? Co robimy na co dzień, żeby ludzie myśleli sobie raczej „O! Może spróbuję, może to też dla mnie”?

Bliżej mi zdecydowanie do koncepcji projektowania uniwersalnego (także w kulturze) – z myślą o wszystkich ludziach, o ich potrzebach, tej samej łatwości korzystania bez konieczności dostosowywania. A jeśli mówimy o dostępności, to rozumiem ją przede wszystkim jako stwarzanie, dawanie możliwości, co równa się niejako nie wyłączaniu ludzi ze względu na (nie)pełnosprawności. Nie lubię „smutnych pudełeczek”, segmentacji publiczności ze względu na wiek, zamożność, miejsce zamieszkania, czy poziom wykształcenia, a najbardziej na świecie nie lubię pudełeczka oznaczonego „z niepełnosprawnościami”. Wiem, że czasem to sensowne, uzasadnione, ale nie zawsze. Wolałabym więc, żeby raczej było uzasadnionym odstępstwem od reguły. Żeby raczej i co do zasady: wszyscy ci, którzy i które chcą, mogli i mogły wziąć w czymś udział, a nie czekali i czekały na „specjalne” projekty, „dedykowane” pokazy, oprowadzania, czy inne. Żeby wydarzenia można było wybierać z listy wg zainteresowań, a nie kategorii „dla osób z niepełnosprawnością taką czy inną…”, a jeśli już, to raczej „wydarzenia z napisami”, „z tłumaczeniem na PJM”, czy „wydarzenia z audiodeskrypcją”.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to – przynajmniej dla mnie – iż tak wiele z rozwiązań, które formalnie podpadają pod kategorię „ dostępność”, to narzędzia, które pozwalają na nawiązywanie, budowanie relacji z każdą publicznością, a przede wszystkim z tą przyszłą, potencjalną, tymi, którzy i które z kulturą nie są za pan brat. Poczynając od dostępnych przestrzeni, poprzez przedprzewodniki, audioguide’y, na stronach internetowych zgodnych z WCAG i mediach społecznościowych kończąc. 

Do Was to więc – audience developerzy i developerki, design thinkingerzy i thinkingerki, trenerzy i trenerki, praktyczki i praktycy kultury – nieważne czy pracujecie z programem, komunikacją, edukacją, profesjonalizacją – dostępności nie trzeba się bać, nie robi się jej dlatego, że się musi, że ustawa, że potencjalne kary, ale dlatego, że dostępność jest fajna i pożyteczna. Jak naprawdę, z ręką na sercu, ustawia się człowieka w centrum wszystkich działań organizacji – niezależnie od tego, zgodnie z którą z wcześniej wspomnianych koncepcji się pracuje – to ustawia się tam każdego człowieka, a nie tylko niektórych.  
 
Wykreujmy nową modę. Bądźmy wszyscy nieco mniej „człowiekocentryczni”, zamiast tego po prostu bardziej ludzcy.


Czarno-białe zdjęcie w kwadratowej, czarno-żółtej ramce, przypominającej taśmę ostrzegawczą. Z lewej strony ramka jest przerwana a w przerwie znajduje się żółty znaczek „hasztag”. Na zdjęciu widać kobietę około trzydziestki, z ciemnymi włosami związanymi w kok na czubku głowy i w czarnym golfie. Kobieta uśmiecha się, mrużąc jedno oko. Na zdjęciu jest Agata Etmanowicz.

Agata Etmanowicz – Prezeska Fundacji Impact i współzałożycielka Fundacji Polska Bez Barier.  
Całe zawodowe życie związana z sektorem kultury – w różnych rolach i z różnych perspektyw. Była (i nadal bywa) producentką, realizatorką, koordynatorką, czy kuratorką projektów mniejszych i lokalnych, ale także całkiem sporych, międzynarodowych. Zdarzało jej się także zajmować polityką kulturalną – zarówno lokalnie oraz na poziomie UE, a przez parę lat negocjować z ramienia Polski w Radzie Unii Europejskiej.
Od ponad dekady, wraz z Fundacją Impact zajmuje się odczarowywaniem codziennej pracy w kulturze dzięki usytuowaniu publiczności w sercu wszystkich działań organizacji – „łącząc kropki”: procesowo, w oparciu o refleksję, bazując na tym co w organizacji najmocniejsze. Impact pracuje zgodnie ze strategicznym podejściem audience development, ale w oparciu o filozofię audience engagement. Pracuje w całej Europie – zarówno z artystami, grupami branżowymi, organizacjami, zawsze w oparciu o własne narzędzia i we współpracy. Zaprojektowała też i przeprowadziła pierwsze procesy i programy audience development dla Europejskich Stolic Kultury.
Z Fundacją Polska Bez Barier promuje koncepcje projektowania uniwersalnego we wszystkich aspektach życia – od architektury, projektowania, po produkcję wydarzeń kulturalnych. Z ramienia FPBB koordynuje dostępność każdej edycji Orange Warsaw Festival.
A wspólnie z Fabryką Sztuki z Łodzi współtworzy ART_INKUBATOR – miejsce, które wspiera rozwój młodych, kreatywnych przedsiębiorców, tak lokalnie, jak i międzynarodowo.
Zadaje dużo pytań. Słucha, pisze i gada. Jest autorką i współautorką wielu publikacji książkowych i artykułów. Ma na koncie ponad setkę wystąpień konferencyjnych i blisko tysiąca przeprowadzonych warsztatów. Nie jest jednak trenerką, jest robotnicą kultury, praktyczką.


tekst pochodzi z Magazynu PURPOSE – nr 83 Październik 2020 – temat numeru: #dostępnośćuczęsię

projekt #dostępnośćuczęsię dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”.

Zostaw komentarz

Warsztaty: Narzędziownik. Czyli jak?

tekst: Martyna Groth

Spektrum w kulturze – kultura w spektrum

Ludzie w spektrum autyzmu, zarówno kobiety jak i mężczyźni, mają różnorodną charakterystykę neurorozwojową. W stosunku do tych, którzy są jawnie autystyczni, podobnie jak do osób mających towarzyszące niepełnosprawności, wciąż dominuje podejście medyczne i/lub charytatywne, które odbiera im sprawczość, blokuje wszechstronny rozwój, traumatyzuje, wywołuje często zaburzenia psychiczne (depresję, stany lękowe, zespół stresu pourazowego i in.), co w efekcie prowadzi do izolacji społecznej. Na autyzm się nie choruje, nie cierpi, on nikogo nie dotyka ani też nie jest jedynym wyróżnikiem osoby. On czy ona nie osiąga też czegoś „pomimo” bycia w spektrum. Autyzm nie jest dziwactwem i nic nie jest w nim takie oczywiste, jak się wielu wydaje. Słowa za to mają moc – i te mówione, i te pisane. Warto pamiętać, że to, w jaki sposób odbieramy i opisujemy autyzm, ma bezpośredni wpływ na życie całej spektralnej społeczności. Niezbędna jest więc wiedza, która pomaga obalać szkodliwe stereotypy i uprzedzenia, zwiększać akceptację indywidualną i zbiorową oraz uwrażliwiać na różnorodne potrzeby, dzięki czemu w adekwatny i włączający sposób będzie można tworzyć ofertę kulturalną. Skąd wiedzieć, jak to dobrze robić? Temu właśnie służy projekt #dostępność uczę się, realizowany przez fundację Polska Bez Barier, w ramach którego powstał ów artykuł.

Osoby w spektrum są bardzo zróżnicowaną grupą odbiorczyń i odbiorców. Do dobrych praktyk należy zapraszanie samorzeczniczek i samorzeczników w celu konsultacji oraz realne uwzględnianie ich głosu przy projektowaniu uniwersalnych rozwiązań przestrzennych czy tworzeniu inkluzywnej oferty programowej (także zdalnej) w instytucjach kultury. Na potrzeby niniejszego tekstu zaprosiłam przedstawicieli_ki samorzeczników_czek i publiczności w spektrum: Sylwię Mądrą, Janka Gawrońskiego oraz Tomasza Komorskiego, którzy stworzyli doradczy wielogłos. Nihil novi sine communi consensu, co oznacza Nic o nas bez nas. Sentencja powyższa stanowi motto tego tekstu.

Uniwersalna przestrzeń empatyczna

Projektując dostępne instytucje kultury lub też dostosowując istniejącą infrastrukturę do potrzeb osób w spektrum, należy tworzyć przestrzenie przyjazne sensorycznie. Co to oznacza w praktyce? To bardzo złożone zagadnienie i wciąż niestety brakuje szczegółowych, aktualnych standardów, bazujących na wszechstronnych badaniach i konsultacjach1. Biorąc pod uwagę różne poziomy nadwrażliwości na bodźce zmysłowe, występujące u osób w spektrum, należy w stałych elementach wnętrza:
– unikać silnych kontrastów kolorystycznych oraz wytwarzania złudzeń optycznych;
– zapewnić dostęp do światła naturalnego z możliwością jego zasłonięcia i/lub oświetlenie sztuczne, którego natężenie jest modyfikowalne w zależności od potrzeb;
– tworzyć system czytelnych piktogramów dot. różnych pomieszczeń czy funkcji. Jest to szczególnie ważne dla osób niewerbalnych. Istotnym wsparciem wszystkich odwiedzających jest również udostępnianie publiczności map i trójwymiarowych modeli, które ułatwią im orientację w przestrzeni. Pobyt w instytucji wspierają różne wydawnictwa w formach katalogów, kart aktywności, przewodników i audioprzewodników, pozwalających na samodzielne zwiedzanie i pogłębianie wiedzy w wybranym obszarze tematycznym;
– dbać o audiosferę w instytucji kultury, tworząc na przykład ciche dni i/lub godziny, udostępniając
wyodrębnione przestrzennie miejsca do regeneracji, gwarantując możliwość używania we wnętrzach własnych słuchawek wyciszających lub ich wypożyczenie, regulując poziomy głośności dźwięków wydobywających się z różnych sprzętów – głośników, projektorów, mikrofonów, instrumentów, suszarek w toaletach itd.;
– tworzyć przestrzenie możliwie neutralne węchowo, poprzez zapewnienie dobrej wentylacji, umieszczenie w nich roślin dotleniających, oddzielenie miejsca przygotowywania posiłków lub cateringu od pomieszczeń pracy czy ogólnodostępnych, unikanie stosowania silnie pachnących preparatów i perfum;
– zwrócić uwagę na zmysł kinestetyczny i fakt, że część osób miewa kłopoty z koordynacją ruchową. W miarę możliwości należy więc stworzyć warunki sprzyjające kontroli nad położeniem własnego ciała lub też – w przypadku nietypowych rozwiązaniach przestrzennych – zapewnić asystę.

Powyższy szkic można postrzegać jako krystalizację wyobrażeń autora o uniwersalnej przestrzeni ekspozycyjnej, będącej częścią (lub całością) sfery. Umieszczonego w środku widza otacza panorama, która stwarza idealne warunki do rozszerzonego widzenia i szerzej: wielozmysłowego bycia w świecie.

Świadoma aktywizacja różnych zmysłów

To tylko kilka najważniejszych zasad, które warto wdrażać i dostosowywać każdorazowo do profilu danej instytucji. Nie należy jednak odczytywać ich zbyt dosłownie i wąsko. Nie chodzi tu o unikanie tworzenia środowisk wielobodźcowych, na przykład na wystawach czy podczas warsztatów. Żyjemy w epoce digitalnych i wirtualnych obrazów ekranowych w ruchu i wszechogarniającej projekcji dźwięków. Nasza percepcja niemal każdego dnia jest poddawana różnym ćwiczeniom i testom. W toku życia ludzkie możliwości odbiorcze rozwijają się, warto dbać tu o równowagę lub też informować publiczność o dużym natężeniu różnorodnych środków oddziaływujących wielozmysłowo, pozostawiając decyzję o uczestnictwie po stronie poszczególnych osób i grup. Niezwykle cenne jest tu myślenie holistyczne. W naszej kulturze wciąż dominuje bowiem wzrok i słuch, a przecież nie są to jedyne zmysły! Odbieramy wydarzenia także węchem, smakiem, dotykiem czy kinestetycznie. Myśląc o aranżacji, materiałach i narzędziach pomocnych w poznawaniu jakiegoś zagadnienia, warto więc aktywizować całe ciało poprzez np. taktylne tablice, odwzorowania obiektów 3D, ruchome elementy, artefakty, które pachną lub można je spożywać, czy też planując różne sposoby poruszania się w czasie zaplanowanego działania. Ciekawą praktyką jest również wyłączanie niektórych zmysłów poprzez np. zastosowanie stoperów, zasłonięcie oczu, częściowe zablokowanie motoryki, czy też dowolne ich zestawianie w różnorodne konstelacje. Kultura może być przecież prawdziwym laboratorium percepcji!

Dobrą praktyką jest stworzenie warunków umożliwiających każdorazowe dostosowywanie wydarzeń do różnorodnych potrzeb publiczności. Spotyka się to niekiedy z oporem autorów_ek koncepcji, zespołów kuratorskich itd. Wizja powinna jednak iść w parze z myśleniem o ludziach, którzy jej doświadczą. Warto więc myśleć o dziele jako o procesie otwartym, który może rozwijać się i zmieniać w czasie. W długofalowych projektach wskazane jest także dokonywanie bieżących zmian w narracji poprzez aktualizację treści, rozbudowywanie wachlarza towarzyszących materiałów i narzędzi, czy organizację różnorodnych spotkań – z autorami_rkami,  kuratorami_kami, edukatorami_kami, opowiadaczami_kami w formie oprowadzań (także performatywnych). Rolą wszystkich osób zaangażowanych w proces jest również pomaganie ludziom, by poczuli się oni swobodnie w wykreowanym świecie i zrozumieli go, filtrując przez ich osobiste doświadczenie. Uwzględnianie potrzeb widzek i widzów może się przejawiać w różny sposób, choćby w daniu możliwości ściszania muzyki czy wygaszania migających obrazów, laserów lub stroboskopów, w ograniczeniu liczby osób (kameralne grono), we wprowadzaniu zasady cichych braw na prośbę odbiorców_czyń itd. Dla niektórych osób zbyt silne bodźce mogą stanowić bowiem wywoływacz ataku epilepsji, paniki, wybuchu złości i sprawić, że zablokują się one na dalszy bezpośredni udział w kulturze. Niezwykle ważne jest nieocenianie zachowań czy preferencji osób, na przykład mniej „typowych” sposobów poruszania się, jak podskakiwanie, niezwykle powolne czy szybkie chodzenie, unikanie nadeptywania niektórych obszarów, podskakiwanie, a także machanie rękami, dotykanie dłonią ściany podczas zwiedzania, zawieszanie się i milczenie, zwiedzanie w ciemnych okularach czy patrzenie w podłogę. Mają one swoje indywidualne uzasadnienia, są wyrazem ekspresji danej osoby i pomagają jej się rozładować, czy też zwiększają komfort jej uczestnictwa w kulturze. Rolą szeroko pojętych kadr kultury jest budowanie silnych i partnerskich relacji z publicznością oraz podejmowanie wszelkich możliwych starań, aby nie dopuścić do samowykluczania się osób.

Mały tłok

Sytuacja na świecie wywołana przez pandemię koronawirusa, mimo wielu zagrożeń i trudności, ma swoje pozytywne strony. Wymusiła bowiem zwolnienie zbyt szybkiego tempa życia i stworzyła warunki na przynajmniej częściową samoregulację przyrody, zwierząt i człowieka. Reżim sanitarny ograniczył nasze bycie w świecie zewnętrznym, wprowadzając różne obostrzenia i środki ostrożności, zmniejszając ilość bodźców oraz uspokajając nieco przestrzeń publiczną. Dla wszystkich osób, szczególnie tych mających świadomość swego bycia w spektrum, nastał czas pozwalający na złapanie niezbędnej dla zdrowia równowagi. Mniejszy tłok na ulicach, częstszy kontakt z przyrodą i zwierzętami, zdalne kanały komunikacji z ludźmi (np. praca w trybie online) to dla wielu moment zwrotny i nie zawsze potrafią się jeszcze w nowej sytuacji odnaleźć. Dla indywidualnych osób w spektrum, które wcześniej już miały wiedzę, świadomość i akceptowały swoją odmienność rozwojową, ta sytuacja nie ma znaczącego wpływu. Od dawna bowiem pracują zwykle w formułach wyłącznie zdalnych lub hybrydowych, a więc zdalnych połączonych z kontaktem bezpośrednim. Częściej, z uwagi na tendencję do przebodźcowywania się, wybierali uczestnictwo w kulturze w sieci, oglądając transmisje/retransmisje wydarzeń na ekranach komputerów, telefonów lub też oglądając je w telewizji lub słuchając w radio. Bez wątpienia jednak pandemia przyspieszyła proces istnienia sztuki w sieci i zrewolucjonizowała dotychczasowe modele pracy czy budowania relacji z widzami i widzkami w wielu instytucjach i organizacjach pozarządowych w Polsce. Podstawowym narzędziem komunikacji stały się profile w mediach społecznościowych i serwisy umożliwiające emisję materiałów audiowizualnych, gdzie zaobserwować można wzmożoną aktywność i szeroką ofertę programową. Wciąż też ważnym źródłem informacji o działaniach kulturalnych dla wielu osób w spektrum jest strona internetowa. Należy więc dołożyć wszelkich starań, aby była ona bez barier – zgodna z aktualnymi standardami (obecnie WCAG 2.1 AA). Dobrą praktyką, oswajającą z wizytą w instytucji, są przedprzewodniki, odpowiadające na podstawowe pytania dot. siedziby i misji instytucji. Zawierają one często opis krok po kroku, co czeka osobę na miejscu, informacje o aktualnym programie, różnorodnych formach aktywności, dostępności pod kątem potrzeb osób w spektrum, dane osób, do których można się zgłosić wcześniej lub będąc już na miejscu, godziny otwarcia, zdjęcie budynku i samego wejścia oraz mapę dojazdu. Dzięki tego typu materiałom osoba uniknie stresu związanego z improwizacją w nieznanym jeszcze obiekcie lub przypomni go sobie po dłuższym czasie nieobecności. Warto zwrócić uwagę na to, iż powinny to być teksty łatwe, połączone z ilustracjami i/lub fotografiami. Zasadne jest, szczególnie gdy bariery sensoryczne zostaną precyzyjniej zdefiniowane oraz ustalone aktualne standardy, informować o tym, czy wydarzenie jest przyjazne dla osób w spektrum autyzmu.

Potrzeby osób w spektrum w zakresie kultury nie są ani specjalne, ani szczególne. Kadry kultury, podobnie jak różnorodna publiczność, powinny mieć jednak ich świadomość, by przygotować siebie i przestrzeń do empatycznego spotkania, wymiany myśli i doświadczeń dla różnorodnych ludzi. Niezwykle ważne jest budowanie przestrzeni dialogicznych, gdzie odbiorcy_czynie czują się oczekiwani i zaopiekowani, nie boją się pytać, prosić, nie wiedzieć czy mieć wątpliwości. Jeśli ludzie mają poczucie bezpieczeństwa w instytucji czy organizacji lub w kontakcie zdalnym, chętniej wrócą do proponowanej oferty w przyszłości i będą ją rekomendować innym.


Kolorowe zdjęcie w kwadratowej, czarno-żółtej ramce, przypominającej taśmę ostrzegawczą. Z lewej strony ramka jest przerwana a w przerwie znajduje się czarny znaczek „hasztag”. Na zdjęciu młoda, krótkowłosa kobieta w żółtym swetrze z kapturem narzuconym na głowę. Kobieta patrzy prosto w obiektyw, delikatnie się uśmiecha.
Martyna Groth

Martyna Groth – Jestem naukowczynią, pedagożką, pisarką i aktywistką. Mam Zespół Aspergera. Od zawsze wspieram dostępność kultury i edukacji dla różnych grup (także zwierząt i roślin). Należę do Forum Koordynatorów i Koordynatorek Dostępności oraz Sieci Liderek i Liderów Dostępności. Lubię się uczyć i lubię uczyć innych. Bliska jest mi postawa dialogiczna i kolektywne myślenie, które nie wyklucza się u mnie z silnym indywidualizmem. Kolekcjonuję myśli, obrazy i miniatury. Wraz z Ewą Furgał założyłam au/artystyczny zin ASPERA, który prezentuje twórczość różnorodnej grupy osób w spektrum. Prywatnie jestem żoną i matką zastępczą dla jamniczki Nel.


tekst pochodzi z Magazynu PURPOSE – nr 83 Październik 2020 – temat numeru: #dostępnośćuczęsię

projekt #dostępnośćuczęsię dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”.

Komentarze zablokowane

Młoda: Tłumaczenie artystyczne

z Asią Ciesielską i Magdą Schromovą rozmawiała Agata Etmanowicz

O tłumaczeniu na Polski Język Migowy (PJM) wiedzą już chyba wszyscy i wszystkie z nas, ale czy wiemy jak poznać dobrego tłumacza, czy tłumaczkę? Jak pracują i jak pracować z nimi? Jak przygotowują się do pracy? I czym jest – wciąż stosunkowo nowa i ciągle rozwijana dziedzina – tłumaczenia artystycznego? O tym wszystkim opowiedzą Magda Schromová i Joanna Ciesielska, które mają “podwójną specjalizację” – zarówno w tłumaczeniu na PJM, jak i w tłumaczeniu artystycznym.

Dwa czarno białe zdjęcia dwóch kobiet ułożone obok siebie. Każde ze zdjęć jest w kwadratowej, czarno-żółtej ramce, przypominającej taśmę ostrzegawczą. Z lewej strony każda ramka jest przerwana a w przerwie znajduje się żółty znaczek „hasztag”. Na pierwszym zdjęciu twarz uśmiechniętej, krótkowłosej kobiety około trzydziestki. Kobieta ma okulary, patrzy w obiektyw. Na zdjęciu jest Joanna Ciesielska. Na drugim zdjęciu widać twarz uśmiechniętej młodej kobiety o długich włosach, w koszuli z kołnierzykiem. Kobieta patrzy w obiektyw. Na zdjęciu jest Magda Schromová.
Joanna Ciesielska i Magda Schromova

Agata Etmanowicz: Jesteście tłumaczkami Polskiego Języka Migowego (PJM), ale macie też dość wąską, bardzo ciekawą i relatywnie nową, świeżą specjalizację: w tłumaczeniu artystycznym. Czym jest tłumaczenie artystyczne? Jakie są rodzaje tłumaczenia artystycznego?

Asia Ciesielska: Tłumaczenie artystyczne jest zupełnie inne od tłumaczenia standardowego, np. konferencyjnego czy środowiskowego. Żeby przełożyć na inny język, w tym wypadku język migowy, sztukę teatralną, piosenkę czy poezję, trzeba zastosować zupełnie inne techniki tłumaczeniowe i językowe. Tu można pokazać całe piękno języka migowego.

Magda Schromová: Tłumaczenie artystyczne nie jest łatwym zadaniem. Wymaga wiele czasu, pracy i umiejętności. Ale może dać niezapomniane wrażania zarówno widzom Głuchym, jak i słyszącym. Takie tłumaczenie tworzy most pomiędzy obiema kulturami.

Zacznijmy od tłumaczenia muzyki. Po co tłumaczy się muzykę?

Asia: Żeby przybliżyć słuchaczowi z innego kręgu kulturowego, posługującego się innym językiem, emocje, które towarzyszą słuchaczowi w oryginalnym języku piosenki. W przypadku słuchaczy Głuchych tłumaczenie piosenki powinno zawierać nie tylko artystycznie przełożony tekst, ale także muzykę, której on nie słyszy lub słyszy w stopniu szczątkowym.
 
Magda: Bardzo ważne jest, by pamiętać, że utwory muzyczne tłumaczy się już od pierwszej nuty. Chodzi o zbudowanie odpowiedniego klimatu dla właściwej części utworu. Często możemy spotkać tłumaczy, którzy kołyszą się w takt muzyki lub udają grę na instrumentach muzycznych. Taka strategia nie daje odpowiedniego efektu, ponieważ nie niesie za sobą informacji istotnych. Osoby słyszące dzięki wstępowi instrumentalnemu są wprowadzane w odpowiedni nastrój. Naszym celem jest uzyskanie takich samych wrażeń u Głuchych widzów.

Jak tłumaczy się tzw. muzykę popularną, a jak klasykę, czy jakąkolwiek muzykę instrumentalną?


Magda: Muzyka popularna zawiera w sobie tekst, z którym można pracować. W przypadku muzyki instrumentalnej narrację trzeba samemu zbudować, co wcale nie jest łatwe.

Po co tłumaczyć muzykę instrumentalną, skoro nie ma tam tekstu?

Asia: Dla tego samego powodu, dla którego słucha się takiej muzyki. Bo porusza.

Magda: Tłumaczenie muzyki instrumentalnej jest prawdziwym wyzwaniem dla tłumacza. Z tego co wiemy, to w Polsce nikt jeszcze się z nim nie zmierzył. Za granicą już takie próby były, np. w Czechach. Akurat miałam to szczęście, że tłumaczki, które wykonują tego typu tłumaczenia, były moimi nauczycielkami w trakcie studiów w Pradze. Opowiadając o jego przygotowaniu, porównywały je do pracy detektywistycznej, w której tłumacz jak prawdziwy detektyw szuka informacji na temat samego kompozytora (kiedy żył i kilka informacji o jego życiu), utworu (kiedy powstał, w jakich okolicznościach, dla kogo, z jakiej okazji). Wielokrotnie widziałam je w akcji, na żywo, podczas koncertów i byłam pod wielkim wrażeniem ich wykonania. To one zainspirowały mnie do zajęcia się tłumaczeniem artystycznym.

Asia: Pamiętam, jak Magda pierwszy raz pokazała mi tłumaczenie piosenki w sposób, w jaki robią to Czesi. Oniemiałam. Zobaczyłam w pełnej krasie całe piękno języka migowego. A wracając do tego, o czym mówiła Magda. Zebrane informacje są podstawą do zbudowania całej narracji. Kolejnym etapem jest analiza muzyczna utworu, podział na części, poszukiwanie motywów głównego i pobocznych. Najtrudniejsze w tym jest odpowiednie zakomponowanie opowieści stworzonej na podstawie zdobytych informacji z elementami oddającymi rytm, dynamikę, gradację i melodię utworu. Nie miałyśmy jeszcze okazji tłumaczyć utworu instrumentalnego, ale mamy nadzieję, że taka się nadarzy.

Magda: Z Asią napisałyśmy artykuł na ten temat pt. „Tłumaczenie artystyczne – z czym to się je?” do publikacji pokonferencyjnej, zorganizowanej z okazji dziesięciolecia Stowarzyszenia Tłumaczy Polskiego Języka Migowego. Właśnie się drukuje. Piszemy tam o ekwiwalencji formalnej i dynamicznej. Wiem – brzmi to tajemniczo, ale chodzi generalnie o to, że ekwiwalencja formalna trzyma się blisko języka utworu pierwotnego, a dynamiczna stawia sobie za cel przełożenie tego utworu nie tylko językowo, ale także kulturowo. W przypadku tłumaczenia na język migowy pierwsza oznacza tłumaczenie w zasadzie tylko tekstu, z pominięciem muzyki (tłumacze, jak Magda mówiła, kiwają się w rytm muzyki lub markują granie na instrumencie – jest to powierzchowne odzwierciedlenie kultury słyszących, pozbawione warstwy artystycznej). My skłaniamy się ku ekwiwalencji dynamicznej, czyli wykorzystaniu immanentnie związanych z kulturą Głuchych elementów wizualnych, takich jak Visual Vernacular, klasyfikatory, constructed action itp.

Jak się przygotowujecie do takiego tłumaczenia?

Magda: Zanim tłumacz podejmie decyzję o przyjęciu zlecenia na tłumaczenie utworów muzycznych, w pierwszej kolejności powinien realistycznie ocenić własne możliwości i umiejętności w tym zakresie. Należy też pamiętać, że tłumaczenie muzyki nie polega na tłumaczeniu poszczególnych tonów, naśladowaniu grania na instrumentach muzycznych, kiwaniu się ze strony na stronę ani tańczeniu.

Asia: Przed każdym tłumaczeniem tłumacz musi otrzymać materiały do przygotowania się. Brak materiałów lub brak czasu na przygotowanie się może być powodem odmowy tłumaczenia. Tłumaczenie artystyczne to długi proces, składający się z 2 zasadniczych części: przekładu artystycznego (samo tłumaczenie, bez wykonania) oraz tłumaczenia wykonywanego w synchronizacji z wykonawcą muzyki lub aktorem. Niekoniecznie musi być tak, że obie części są wykonywane przez tę sama osobę.

Magda: Tłumaczenie piosenek składa się z kilku etapów, obejmujących analizę tekstu, analizę muzyki, analizę informacji związanych z historią utworu, autora, kontekstem społecznym itp. Dopiero po przeprowadzeniu analizy można przystąpić do przygotowania tłumaczenia. Ważna jest współpraca z Głuchym konsultantem, który jako natywny użytkownik języka migowego sprawdza poprawność językową tłumaczenia i komfort odbioru całości przekazu artystycznego. Tak przygotowanego i skonsultowanego tłumaczenia tłumacz lub tłumacze (jeśli jest np. duet) uczą się na pamięć. Tłumaczenie jest nagrywane, analizowane i dopieszczane. I dopiero takie tłumaczenie może być pokazane publiczności.

Asia: Jak widzicie, tłumaczenie piosenki, która trwa kilka minut, jest bardzo pracochłonne. Przygotowanie zajmuje tydzień a nawet kilka tygodni – w zależności od utworu i ilości tłumaczy. Dlatego takie tłumaczenie jest wyceniane inaczej niż pozostałe rodzaje tłumaczeń.

A jak to wygląda w teatrze? Jakie są opcje/warianty?

Asia: W Polsce niewiele spektakli jest udostępnianych osobom Głuchym. Jeśli są, to najczęściej poprzez napisy. Nie jest to jednak rozwiązanie uniwersalne – środowisko osób z „uszkodzonym słuchem” jest bardzo zróżnicowane. Trzeba pamiętać, że dla osób Głuchych język polski jest językiem obcym i to, co jest dobrym rozwiązaniem dla osób słabosłyszących lub ogłuchłych w późniejszym wieku (napisy, pętla indukcyjna), nie jest rozwiązaniem dla Głuchych. W przypadku napisów często występują problemy techniczne, opóźnienia, a w związku z tym, że napisy są przygotowywane wcześniej, nie uwzględniają improwizacji aktorów czy spontanicznej reakcji publiczności. Nie ma w nich też uwzględnionych elementów niewerbalnych wypowiedzi.

Magda: Osobom Głuchym ciężko jest śledzić równocześnie napisy i akcję na scenie, występuje tzw. efekt ping ponga, gdy muszą swoją uwagę przenieść najpierw na napisy, a później na scenę, przez co tracą część informacji. Innym rozwiązaniem jest artystyczne tłumaczenie na język migowy. Jest kilka rodzajów tłumaczenia teatralnego: statyczne, strefowe, cieniowe, eksperymentalne. W Polsce zazwyczaj wykonuje się tłumaczenie statyczne, w którym jeden tłumacz siedzi lub stoi z boku sceny. Nie jest to rozwiązanie optymalne, gdyż Głuchy widz doświadcza wcześniej wspomnianego efektu ping ponga (patrzy raz na scenę, raz na tłumaczenie – przez to „ucieka mu” połowa przekazu). W naszej praktyce, kiedy teatr upiera się przy tłumaczeniu statycznym, proponujemy tłumaczenie w teamie składającym się z 2 tłumaczy. Dzięki temu łatwiej śledzić, co mówią poszczególne postacie. Ciekawym rozwiązaniem jest tłumaczenie cieniowe, kiedy to każdy aktor ma swojego tłumacza, który tłumaczy to, co on mówi i porusza się razem z nim po scenie. Przy takim tłumaczeniu efekt ping ponga dla Głuchego widza jest zminimalizowany. Jeżeli jesteście ciekawi, jak to wygląda, zajrzyjcie na naszą stronę internetową. Możecie tam obejrzeć krótkie fragmenty spektaklu, który odbył się w 2015 r. – jedynym jak do tej pory w Polsce tłumaczonym w ten sposób. Było to sześć scen z „Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej, w adaptacji i reżyserii Jerzego Łazewskiego. Spektakl był zrealizowany w ramach programu FIO Mazowsze Lokalnie 2015. Wykonanie Teatru Scena Główna Handlowa we współpracy z tłumaczami ze Stowarzyszenia Tłumaczy Polskiego Języka Migowego. Jeżeli chcecie się więcej dowiedzieć na temat różnych rodzajów tłumaczenia teatralnego na język migowy, zapraszam do lektury artykułu, który napisałam razem z Aleksandrą Kalatą-Zawłocką, serdecznie polecam lekturę.

Asia: Magda jest bardzo skromna, dlatego ja dodam, że Magda brała udział w tym spektaklu. Na naszej stronie internetowej możecie zobaczyć jej talent tłumaczeniowy i aktorski. A ze swojej strony chciałabym zaapelować do ludzi teatru. Warto, by teatry nie bały się eksperymentować z różnymi rodzajami tłumaczenia. Może to nie tylko udostępnić spektakl Głuchej publiczności, ale dać więcej wrażeń dla wszystkich widzów – Głuchych i słyszących.

Jaka jest Wasza historia? Jak zaczęłyście zajmować się tłumaczeniem?

Magda: Kiedy byłam w liceum pedagogicznym, pojechałam z koleżanką na obóz dla dzieci niepełnosprawnych. W tym obozie uczestniczyło 2 Głuchych braci, a nikt nie znał języka migowego. Przez cały czas uczyli nas podstawowych znaków, wszystkim się bardzo to podobało. Pewnego dnia przyjechała grupa zajmująca się dogoterapią. Wszystkie dzieciaki miały z nimi cały dzień warsztaty. Na zakończenie warsztatów był konkurs i każde dziecko, które poprawnie odpowiedziało na pytanie, otrzymało nagrodę – zabawkę. Gdy akurat siedziałam obok tych braci i zorientowałam się, że nie ma nikogo, kto by przekazał im pytanie w języku migowym, zlał mnie zimny pot. Starałam się wykorzystać to, czego nas wcześniej nauczyli, oraz wszystko inne, co mi przyszło do głowy, np. gesty, pantomima (dobrze, że mam ADHD – przydało się). Chłopcy odpowiedzieli poprawnie i byli szczęśliwi z nowych zabawek. Jak byłam wykończona i wkurzona, że po raz pierwszy z powodu bariery komunikacyjnej nie jestem w stanie się dogadać! Dlatego od razu po obozie zapisałam się na kurs czeskiego języka migowego. Cały czas uczyłam się języka migowego na kolejnych stopniach zaawansowania, a także miałam kontakt z różnymi osobami Głuchymi i w ten sposób szlifowałam język, poznawałam bezpośrednio kulturę. Samo chodzenie na kurs to za mało, trzeba mieć stały kontakt z natywnymi użytkownikami języka, którego chcemy się nauczyć. Potem podczas studiów na kierunku pedagogika specjalna „tłumaczyłam” okazjonalnie dla Głuchej koleżanki. Wtedy stwierdziłam, że bardziej niż pedagogika specjalna podoba mi się tłumaczenie. Dlatego po studiach zgłosiłam się na Uniwersytet Karola w Pradze na kierunek język czeski w komunikacji Głuchych ze specjalizacją tłumaczeniową. W trakcie studiów przyjechałam do Warszawy i postanowiłam zostać w Polsce. Pochodzę z rodziny czesko – polskiej, więc mój dziadek bardzo się ucieszył, że wróciłam do jego ojczyzny. Tu wykorzystywałam wszelkie okazje, żeby nauczyć się PJM i szlifować język polski. Dużo czasu i energii poświęciłam na to, by opanować PJM na poziomie pozwalającym na tłumaczenie w obszarach, które najbardziej mnie interesują, czyli tłumaczenie konferencyjne oraz tłumaczenie artystyczne.

Asia: Moi rodzice są osobami słabosłyszącymi. W domu mówiło się w języku polskim oraz systemem językowo-migowym. Jednakże wszyscy przyjaciele i znajomi moich rodziców byli Głusi, więc gdy się spotykali razem, migali w PJM. Mój tata był przez wiele lat działaczem w Polskim Związku Głuchych w Krakowie. Teraz jest członkiem honorowym PZG. W każdy czwartek chodził do domu kultury przy PZG na cotygodniowe spotkania Głuchych. Był też zapalonym turystą – organizował mnóstwo rajdów, a to pieszych, a to rowerowych, a to na orientację. Zabierał mnie wszędzie ze sobą, dzięki czemu poznałam kulturę Głuchych i nauczyłam się Polskiego Języka Migowego. Jako dziecko nie tłumaczyłam swoim rodzicom ani ich znajomym. Jako nastolatka miałam przygodę, kiedy znajomy rodziców poprosił mnie o tłumaczenie podczas zakupu samochodu. Oczywiście nie znałam się zupełnie na samochodach (nie znałam terminologii ani w języku polskim, ani w PJM), więc skończyło się na tym, że panowie dogadali się sami za pomocą kartki papieru i prostych gestów, a ja przekazałam tylko informację na temat ceny. Na moim przykładzie możecie zobaczyć, że sama znajomość języka nie wystarcza, by tłumaczyć. Trzeba też znać specjalistyczne słownictwo z danej dziedziny i to w obu językach. W trakcie studiów podejmowałam pierwsze próby tłumaczeniowe w krakowskim PZG. W tym czasie bardzo dużo nauczyłam się dzięki osobom Głuchym – to dzięki nim poszerzałam swoje słownictwo w PJM. Byłam postawiona w różnych sytuacjach, które pokazały mi, że tłumaczenie to nie jest taka prosta sprawa, nawet jak się zna język. Po studiach poszłam inną drogą zawodową, zgodną z moim wykształceniem ekonomicznym, ale od czasu do czasu wykonywałam tłumaczenia głównie środowiskowe. Los sprawił, że zaczęłam coraz więcej tłumaczyć np. na uczelni. Moja praca zgodna z wykształceniem przestała mi dawać satysfakcję i w pewnym momencie postanowiłam skupić się na tłumaczeniu i rozwijać się w tym kierunku. Ponieważ w Polsce nie ma studiów tłumaczeniowych o specjalizacji PJM, dołączyłam do Stowarzyszenia Tłumaczy Polskiego Języka Migowego (STPJM). Dzięki Stowarzyszeniu rozwinęłam się jako tłumaczka. Uczestniczyłam w wielu szkoleniach, warsztatach i konferencjach w Polsce i zagranicą. Tu poznałam Magdę, która wtedy była w zarządzie STPJM i zainteresowałam się tłumaczeniem artystycznym. Teraz wspólnie rozwijamy się w tym obszarze.

Czy każdy_a CODA, czyli słyszące dziecko niesłyszących rodziców, jest dobrym tłumaczem?

Asia: CODA, czyli słyszące dziecko, które ma jednego lub oboje rodziców Głuchych, nie staje się automatycznie tłumaczem. Często nie znają oni języka migowego lub znają w stopniu szczątkowym, bo byli wychowywani np. przez słyszących dziadków, a z rodzicami rzadko rozmawiali. Ale nawet ci, którzy byli wychowywani przez Głuchych rodziców migających w PJM, nie mają wystarczającego zasobu słownictwa, pozwalającego na swobodne tłumaczenie. Spróbujmy sami sobie przypomnieć swoje dzieciństwo – o czym rozmawialiśmy z rodzicami? Jakiego słownictwa używaliśmy? Raczej nie specjalistycznego, a rozmowy na tematy np. ekonomiczne czy polityczne były powierzchowne. Dlatego, żeby CODA mógł zostać tłumaczem, musi podjąć wysiłek nauki i rozwijania się tak jak inni, którzy chcą być zawodowymi tłumaczami.

Magda: Dobry tłumacz zna bardzo dobrze oba języki swojej kombinacji językowej. Ale tłumaczenie to nie tylko znajomość języka, to także umiejętność przekładania pomiędzy językami, znajomość technik tłumaczeniowych, strategii tłumaczeniowych i dopasowywanie ich do sytuacji, znajomość obu kultur, umiejętność odnalezienia odpowiedniej ekwiwalencji, znajomość i przestrzeganie kodeksu etycznego standardów tłumaczeniowych.

Asia: To, że ktoś ma rodziców cudzoziemców, nie oznacza, że ich dziecko potrafi biegle tłumaczyć pomiędzy językami. Dlatego trzeba być ostrożnym w wyborze tłumacza. To, że ktoś powie, że jest CODA, nie oznacza, że zna się na teorii przekładu. Oczywiście są tłumacze CODA, którzy są dobrymi tłumaczami, ale dlatego, że rozwijają swój warsztat tłumaczeniowy, nieustannie się szkolą, zarówno językowo jak i tłumaczeniowo. Ale jest na rynku niestety wiele CODA, którzy są raczej asystentami osób Głuchych – jest to zawód również bardzo ważny, ale należy odróżnić od siebie te dwie usługi.

A skąd ludzie w kulturze, jeśli sami/same nie znają PJM, mają wiedzieć, że zatrudniają dobrego tłumacza czy dobrą tłumaczkę?

Asia: Pierwszą wskazówką jest to, czy tłumacz, któremu zleciliście pracę prosi o materiały do przygotowania się. Nikt nie jest omnibusem. Oczywiście można poszukać informacji samemu w internecie, ale tylko uzupełnienie informacji od zleceniodawcy.

Magda: Odpowiedni strój dostosowany do sytuacji. Jeśli jest to zwykła sytuacja tłumaczeniowa, to tłumacz powinien być ubrany w jednolity strój nierozpraszający uwagi, skontrastowany z kolorem skóry. Nie powinien mieć na sobie elementów różnokolorowych, rozpraszających uwagę, przeszkadzających w tłumaczeniu (np. wiszące kolczyki, zegarki).

Asia: To są elementy kodeksu etycznego, który w Polsce na potrzeby tłumaczy języka migowego opracowało STPJM. Podobne kodeksy etyczne mają organizacje tłumaczeniowe w Polsce i zagranicą. Znajdują się w nim także zapisy dotyczące tajemnicy zawodowej, przygotowania się do tłumaczenia, podejmowanie się tłumaczenia zgodnie ze swoimi kompetencjami, nieustanny rozwój zawodowy itp.

Magda: Warto porozmawiać z tłumaczem. Jeśli będzie zadawał pytania na temat tłumaczenia, technikaliów, sugerował rozwiązania – to z dużym prawdopodobieństwem oznacza, że ma doświadczenie.

Asia: Warto też pytać Głuchych odbiorców o ich opinię.

A jakby ktoś chciał nauczyć się PJM, to jaka jest najlepsza droga?   

Magda: Najlepiej uczyć się od natywnych (Głuchych) użytkowników PJM, mających jednocześnie przygotowanie lektorskie. Dzięki temu od razu nastawiamy się na kanał wizualny. Miałam kilkunastu nauczycieli języka migowego w Czechach i w Polsce. Moją pierwszą lektorką była osoba słysząca, która miała Głuchych rodziców (CODA). Dopiero na praktykach w szkole dla Głuchych w Ostrawie zorientowałam się, że to, czego uczyłam się od niej na kursie, różni się od tego, jak mówią Głusi. Okazało się, że uczyłam się systemu językowo-migowego (znakovaná čeština), a nie czeskiego języka migowego (český znakový jazyk). Od tej pory, zawsze gdy wybierałam kurs językowym, sprawdzałam, czy lektorem jest osoba Głucha z przygotowaniem lektorskim.

Asia: Nie należy się bać lektora Głuchego. Wiem, że osoby zgłaszające się na A1 boją się, że się nie dogadają – ale profesjonalni lektorzy mają na to swoje sposoby i zajęcia są naprawdę bardzo fajne i dużo szybciej uczycie się języka. A także popełniacie mniej błędów. Badania naukowe, także w Polsce, pokazują, że nauka języka migowego wpływa pozytywnie na rozwój struktur mózgowych. Zapraszamy serdecznie do nauki tego pięknego języka.
Dziękujemy, Agato, Tobie i całej ekipie Fundacji Polska Bez Barier za zaproszenie do projektu i do rozmowy. Wszystkich zainteresowanych zapraszamy na naszą stronę internetową https://tlumaczkipjm.pl, gdzie można zobaczyć, czym się zajmujemy.

Dla zaintersowanych:
Obszerny artykuł nt. tłumaczenia teatralnego opublikowany w Półroczniku Językoznawczym Tertium, do pobrania w formacie PDF, autorki: Magda Schromová i Aleksandra Kalata-Zawłocka Tłumaczenie teatralne w polskim języku migowym  
Link do tłumaczenia na ČZJ utworu Zombie zespołu The Cranberries: https://www.youtube.com/watch?v=VWdhDEZXx0w (wykonanie: Naďa Hynková – Dingová)
Link do tłumaczenia na ČZJ utworu Jaskółki (Vlaštovky) zespołu Traband: https://www.youtube.com/watch?v=rP2EfJGQY3A (wykonanie: Marie Basovníková a Jindřich Mareš)
Link do tłumaczenia muzyki instrumentalnej (Romanza Andaluza) autorstwa Pabla de Sarasat: https://www.youtube.com/watch?v=y89KTkFclp8 (wykonanie: Kateřina Červínková-Houšková)


tekst pochodzi z Magazynu PURPOSE – nr 83 Październik 2020 – temat numeru: #dostępnośćuczęsię

projekt #dostępnośćuczęsię dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”.

Zostaw komentarz

Przemysły: Leżę i Pracuję

Czego ludzie kultury mogą nauczyć się od Leżę i Pracuję? Wiele. Poczynając od pozytywnego nastawienia do pracy, (nie) kończąc na konkretnych rozwiązaniach dotyczących organizacji pracy i budowania zespołu, które mogą być szczególnie przydatne w erze pracy z domu, na onlajnach… Sami i same zobaczcie. 

Widoczne z góry 11 osób leżących w pościeli. Widoczne jest 5 kobiet i 6 mężczyzn. Wszyscy ubrani są kolorowo, w pastelowych, jasnych odcieniach. Pod głowami mają poduszki, od pasa w dół przykryci są kołdrami. Niektórym spod kołder wystają stopy w butach – u kobiet są to szpilki. Wszyscy patrzą w kamerę, większość osób się uśmiecha.

Praca ma moc zmieniania życia na lepsze. Daje umiejętności, pozwala budować relacje, zdobywać nowe kompetencje, a w końcu zapewnia też bezpieczeństwo finansowe. Może być punktem zwrotnym w naszej osobistej historii. Ponad dwa miliony Polaków borykają się z poważnymi ograniczeniami sprawności, a wielu z nich w konsekwencji nie pracuje, a więc traci wszystkie korzyści życia zawodowego. Na przekór temu powstało Leżę i Pracuję – pierwsza agencja marketingowa, która istnieje, by zmieniać rynek pracy dla osób z niepełnosprawnością ruchową.

Mimo że branża marketingowa należy do jednej z bardziej konkurencyjnych na rynku, Fundacja Leżę i Pracuję już od 3 lat z powodzeniem realizuje zlecenia dla klientów agencji oraz prowadzi własne projekty społeczne (m.in. Wheelkaton, Zdalniacy). Różnimy się przede wszystkim powodem, dla którego powstaliśmy. Nie jest nim chęć zarobienia pieniędzy, lecz zmiana rynku pracy dla osób z niepełnosprawnością ruchową. Oczywiście, jak dla każdego przedsiębiorstwa, tak i dla nas sprzedaż i zyski są ważne. Stanowią one jednak środek do celu, a nie cel sam w sobie. Każdy nowy klient, każde kolejne zlecenie, każdy nowy projekt cieszą nas dlatego, że dają nam szansę tworzenia organizacji, która wzbogaca i pragnie wzbogacać życie ludzi, zarówno pracowników agencji, jak i jej otoczenia. – mówi Majka Lipiak, pomysłodawczyni i CEO Leżę i Pracuję.

Aktualnie organizacja zatrudnia 12 osób, z czego 7 to osoby ze znaczą niepełnosprawnością ruchową, spowodowaną chorobą lub wypadkiem. Krzysztof, który w Leżę i Pracuję odpowiada za administrację treściami na stronach www i wsparcie zespołu webmasterów, rusza jedynie głową. Na co dzień korzysta z komputera za pomocą specjalnych okularów połączonych z gryzakiem, dzięki którym kieruje kursorem i używa klawiatury. Jednak sukces zatrudnienia w Leżę i Pracuję to nie tylko odpowiednie zaplecze technologiczne czy kreatywne rozwiązania techniczne ułatwiające wykonywanie zawodowych obowiązków na przekór ograniczeniom w ruchu. To również, a może przede wszystkim, stworzenie odpowiednich, dostosowanych warunków pracy. Wiosną z powodu pandemii cały świat przeniósł się w zdalny tryb pracy, a w Leżę i Pracuję jest tak od samego początku – jeszcze zanim to było „modne”. Praca całkowicie zdalna likwiduje barierę związaną z ograniczoną mobilnością i opcjami transportu. Każdy pracownik może podejmować obowiązki z najbardziej komfortowego dla siebie miejsca, nawet łóżka! Tak robi na przykład Artur, który jest w zespole od samego początku i na skutek urazu kręgosłupa od 17 lat jest osobą półleżącą. Aby jednak mimo odległości i przeważającego kontaktu online nie tracić ducha zespołu, Leżę i Pracuję ustaliło własne zasady, które pomagają zachować atmosferę wspólnego działania oraz sprzyjają integracji. Należą do nich między innymi „Czwartkowe Calle”, czyli 1,5-godzinne wideorozmowy całego zespołu na wcześniej zaproponowane tematy, które w danym momencie interesują pracowników. Obowiązuje też zasada włączonej kamerki – dzięki temu nawet w biegu między kolejnymi zadaniami można wymienić się uśmiechem czy po prostu łatwiej odczytać intencje drugiej osoby.

Optymalizację pracy zdalnej z pewnością ułatwiły też narzędzia – m.in. komunikator firmowy Slack oraz platforma do zarządzania zadaniami i projektami Basecamp. Od niedawna agencja korzysta również z CRM Zendesk Sell, udostępnionego przez firmę w ramach wsparcia organizacji społecznych.

Choć rynek pracy i temat zatrudnienia osób z niepełnosprawnościami są obarczone wieloma stereotypami, Leżę i Pracuję dostrzega pilną potrzebę zmiany tej sytuacji. Post o ostatniej rekrutacji do zespołu na stanowisko copywritera_ki, umieszczony na fanpage’u agencji, został udostępniony ponad 500 razy i osiągnął ponad 100 tysięcy zasięgu, bez opłaconej reklamy! To pokazuje, jak duże jest zapotrzebowanie na zmianę rynku pracy dla osób z niepełnosprawnością ruchową. Wkrótce Fundacja przedstawi kolejną propozycję rozwiązania – platformę Zdalniacy, czyli sposób na skuteczną i komfortową rekrutację do pracy zdalnej osób z niepełnosprawnością ruchową.


tekst pochodzi z Magazynu PURPOSE – nr 83 Październik 2020 – temat numeru: #dostępnośćuczęsię

projekt #dostępnośćuczęsię dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”.

Komentarze zablokowane

Kariera: Być jak Hadid i Caryca w jednym

z Pauliną Totą rozmawia Agata Etmanowicz

Zrzut z ekranu z programu Zoom. Widoczne dwa okienka, w lewym ciemnowłosa kobieta z kokiem i grzywką na tle swojego pokoju, za nią widoczna ściana z obrazkami i zdjęciami oraz półki na książki. W prawym okienku kobieta z włosami do ramion, również na tle pokoju. Za nią widoczne półki, obraz i kwiaty doniczkowe. Obydwie kobiety się śmieją.

Tak zwane „projektowanie dla wszystkich” to nie jest wiedza tajemna. Nie jest nawet bardzo skomplikowana. Dodatkowo – w ostatnich latach (no, może bardziej miesiącach) to termin coraz bardziej popularny, używany chętnie, często, szeroko… Czym w takim razie jest? Jak to jest „pracować w dostępności” i robić piękno i dobro? Poczytajcie – zapraszamy.

Agata Etmanowicz: Paulino, jak się przedstawiasz ludziom? Jak wyjaśniasz, czym się zajmujesz zawodowo?

Paulina Tota: Mówię, że mam ogromne szczęście, bo zawodowo zajmuję się robieniem piękna i dobra. A tak poważnie – mówię, że jestem architektką od dostępności: audytuję, sprawdzam projekty, doradzam i konsultuję. Tłumaczę, jak robić, żeby było dostępnie i wygodnie dla wszystkich. Staram się nie mówić, że zajmuję się architekturą dla osób z niepełnosprawnością, bo nie chciałabym, żeby tak spłycać całą koncepcję projektowania uniwersalnego – chociaż faktycznie, czasem ciężko jest tego uniknąć. Zwłaszcza wtedy, kiedy rozmówca czy rozmówczyni nie wie zupełnie nic o dostępności…

To wąska specjalizacja? Czy dużo jest architektów_ek z taką specjalizacją jak twoja?

Bardzo mało! Właściwie wszyscy się znamy – jest nas może kilkanaście osób działających w „branży”. Ale, mimo wszystko, widać progres: kiedy zaczęłam się interesować dostępnością (w 2010 roku, jeszcze na studiach), było właściwie tylko trzech architektów_ek, którzy się tym zajmowali (co ciekawe – niektórzy w dużej mierze teoretycznie). Teraz to jakieś kilkanaście osób, które nierzadko kształcą kolejne i kolejne, więc wydaje się, że jest jakaś nadzieja na przyszłość!

Zawsze mi się wydawało, że większość młodych architektów_ek najbardziej marzy o byciu takim van der Rochem, Fosterem, Gehry czy Hadid. Ty zajęłaś się projektowaniem uniwersalnym i dostępnością. Co, a może kto cię zainspirował?
 

No tak, wiadomo – każda dziewczyna studiująca architekturę chce zostać drugą Zahą Hadid. A przynajmniej te 10 czy 15 lat temu tak było. Ja też chciałam. W 2009 roku pojechałam na półroczną wymianę w ramach programu Erasmus – trafiłam do Belgii, do Gandawy i tam spotkałam się z przedmiotem o nazwie universal design. Przeżyłam szok – po pierwsze nie wiedziałam, o co chodzi, po drugie – nijak nie rozumiałam, czego ode mnie oczekują prowadzący. Coś tam wiedziałam, że windy, że pochylnie i wózkowicze, ale już o niewidomych czy niesłyszących nie wiedziałam nic. A byłam na czwartym roku, właściwie bardziej kończyłam niż zaczynałam te studia.

Mam takie zdjęcie – często je nawet pokazuję na szkoleniach: Haloween party, wszyscy przebrani za najgorsze koszmary… i ja, przebrana za projektowanie uniwersalne. To było miesiąc od rozpoczęcia zajęć w Ghent.

Później już było lepiej: zajęcia były super mądre: robiliśmy audyty istniejących budynków, a w ramach warsztatów o nazwie Designing in the Dark przez 10 dni budowaliśmy model dotykowy: świecący, mówiący, fakturowy, kolorowy. I ogromny. Byłam zachwycona. Na tyle, że po powrocie do Polski razem z koleżanką, z którą byłam na wymianie (pozdrowienia dla Anny Zapart!) zorganizowałyśmy polski Designing in the Dark w Krakowie – jako jedną z edycji MiniOssy. Byłyśmy super dumne i super zmęczone, ale było warto. A potem już poszło – jakoś tak wyszło, że zostałam panią od dostępności. W międzyczasie zrobiłam doktorat na Politechnice Krakowskiej (o placach zabaw dla dzieci z niepełnosprawnościami) i zaczęłam współpracę najpierw z Fundacją Machina Zmian (wtedy jeszcze Machina Fotografika), a później Fundacją Polska Bez Barier.

Co to właściwie znaczy „projektowanie dla wszystkich”?

Projektowanie dla wszystkich to rodzaj filozofii projektowania – brzmi dumnie, chociaż warto pamiętać, że to jedna z tych filozofii, które nie odwołują się (przynajmniej bezpośrednio) do estetyki, rodzajów użytych materiałów itd. Wytyczne projektowania uniwersalnego (w dużym uproszczeniu) zostały stworzone po to, aby zapewnić dostęp do wszystkich produktów, usług, przestrzeni i budynków wszystkim użytkownikom, niezależnie od stopnia ich sprawności czy indywidualnych możliwości.

Trzeba było jechać do Belgii na Erasmusa, żeby wejść w temat? W Polsce nie uczą tego na studiach?

Czy trzeba było jechać do Belgii? Pewnie nie. Ale trzeba było mieć trochę szczęścia, żeby ktoś opowiedział o tym, przynajmniej wtedy, kiedy studiowałam. Zajęcia z projektowania uniwersalnego były, ale jako fakultet, więc spośród 250 osób na roku uczyło się o nim może dwadzieścioro. Poza tym – oczywiście, trudno mi to porównywać, bo nie mam żadnej wiedzy na temat tego, jak bardzo „seksowny” był to temat w Polsce – w Belgii,po pierwszym szoku, pokazano mi go w taki sposób, że po 5 miesiącach byłam już totalnie zakochana i nie wyobrażałam sobie, że mogłabym o tym nie opowiadać innym.

Czy czujesz wzrost popularności koncepcji projektowania uniwersalnego w związku z wejściem w życie ustawy z dnia 19 lipca 2019 r. o zapewnianiu dostępności osobom ze szczególnymi potrzebami? 

Czy to jest wzrost popularności – nie wiem. Na pewno wzrost strachu… Ustawa nałożyła pewne obowiązki na pewne grupy ludzi i w związku z tym pracy dla specjalistów zajmujących się dostępnością jest teraz bardzo dużo. Ale jednocześnie specjalistów nie jest więcej niż było, a zaczynają pojawiać się osoby, które coś tam wiedzą, może nawet były na jakichś warsztatach czy szkoleniu, i w związku z tym mają już odwagę audytować lub sprawdzać projekty… A czas goni, ustawa wymaga. I w tym wszystkim sama koncepcja projektowania uniwersalnego właściwie się rozmywa.

Równocześnie jednak wzrost popularności tej koncepcji jest właściwie ciągły: coraz więcej osób jest zainteresowanych dostępnością (bardzo szeroko rozumianą – nie tylko tą twardą, architektoniczną, ale też w zakresie informacji, komunikacji czy organizacji wydarzeń). Coraz więcej projektantów i projektantek wie, że to ważne: może nawet zaczyna być modne, czego bardzo bym sobie życzyła. Bo w sumie dostępność może być modna, może być ładna i może być sexy: to naprawdę nie są brzydkie pochylnie doklejone do ładnych budynków. A przynajmniej nie powinny być – bo że takie się zdarzają, to wiadomo.

Czy ta ustawa wpływa na pracę architektów i architektek? A jeśli tak, to jak? Co się zmieniło?

Ustawa na pewno wpłynie na pracę architektów i architektek – może już nawet delikatnie wpływa, ale nie jest to wpływ znaczący. Na pewno większa waga będzie przykładana do dostępności projektów, ale ten element był wymagany wcześniej, jeszcze zanim w życie weszła ustawa. Być może poszerzy się świadomość, być może nawet zaczną powstawać coraz lepsze (bardziej dostępne, a przy tym wciąż estetyczne) projekty. Ale na pewno nie będzie to zmiana na przestrzeni miesięcy – raczej lat. A w takiej perspektywie trudno zakładać, co jest ostatecznym bodźcem – może ustawa, a może po prostu ewolucja w myśleniu o architekturze.

Sama wciąż jeszcze jesteś młodą architektką, ale z dziesięcioma latami stażu, specjalizacji w dostępności i niezwykle imponującym dorobkiem – setki audytów, konsultacji, projektów. Jesteś autorką standardów dostępności dla największych polskich miast – Wrocławia i Warszawy. Nazywają cię nawet Carycą Dostępności. Co powiedziałabyś tym, którzy dopiero zaczynają? Co mówisz swoim studentom i studentkom? Można mieć wszystko, pójść o krok dalej, być jak Hadid i Caryca w jednym?

Ci, którzy zaczynają, wcale nie są tak daleko za mną. Wszyscy, którzy działamy w dostępności, zaczynaliśmy stosunkowo niedawno – możemy założyć, że dostępność zaczęła się w Polsce w latach 90-tych. Ci, którzy zaczynają teraz, mają na pewno większą możliwość uczenia się: dostępnych jest setki publikacji, filmów, materiałów – można nauczyć się wiele. Warto tylko chcieć. Poza tym mam nadzieję, że ci wszyscy, którzy są za mną, niedługo będą i obok, i może nawet przede mną: dla każdego starczy miejsca, a pracy jest wiele.

Moim studentkom i studentom mówię, że to nie jest głupie zajęcie: to nie jest tak, że moja praca polega na bieganiu z metrówką po toaletach (chociaż to też jest jej część). Że warto pamiętać, że na końcu z każdego projektu ma korzystać człowiek: i to nie jakiś statystyczny, tylko każdy. Jest takie przekonanie (doskonale widać je na wizualizacjach nowopowstających projektów – a już zwłaszcza na wizualizacjach projektów studenckich), że architektura wygląda lepiej bez ludzi. Może i wygląda, ale nie działa: na samym końcu architektura to sztuka bardzo użytkowa. I bardzo wpływająca na, choć teraz to często już nadużywane określenie, jakość życia. Trudno więc nie brać pod uwagę jej dostępności.

Czy można pójść o krok dalej – nie wiem. Pewnie zawsze można. Ludzkość podbija kosmos, zagląda za granicę czarnych dziur, więc jest to ewidentny dowód, że można wszystko. Na pewno warto lubić to, co się robi. A już najdoskonalej jest wtedy, kiedy nie dość, że to lubisz, to masz jeszcze poczucie, że zawodowo zajmujesz się robieniem piękna i dobra.


tekst pochodzi z Magazynu PURPOSE – nr 83 Październik 2020 – temat numeru: #dostępnośćuczęsię

projekt #dostępnośćuczęsię dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”.

Komentarze zablokowane

Analiza: OWF, czyli Festiwal dla Wszystkich od bacstage’a

tekst: Agata Etmanowicz

W tle widoczna scena festiwalowa, widziana z boku, i towarzyszące jej telebimy, nad sceną napis Orange Warsaw Festiwal. Przed sceną tłum młodych ludzi w letnich strojach, w tłumie, na pierwszym planie, po lewej stronie, dziewczyna na wózku aktywnym. Wszyscy patrzą w kierunku sceny, widać ich plecy.

Opowiem Wam o Orange Warsaw Festival (OWF), wielkim muzycznym wydarzeniu, o festiwalu dla wszystkich. O tym, na czym polega wyjątkowość OWF, co znaczy i jak robi się wydarzenie dla wszystkich i bez barier.
Opowiem o nim z mojej – dość wąskiej w kontekście tak wielkiego wydarzenia – perspektywy, tj. koordynatora_ki dostępności. Za to opowiem od początku do końca. Postaram się też prześledzić ścieżkę publiczności.

OWF: dla wszystkich i bez barier

Orange Warsaw Festiwal to festiwal muzyczny. Kropka.

Nie jest wydarzeniem „dedykowanym”, nie ma „dostępności” czy „bezbarierowości” w nazwie. Nie jest „specjalny”, nie jest „parafestiwalem”, ale dzięki podejściu, jakie ma do realizacji, jest całkiem wyjątkowy, bo… po prostu jest: dostępny i dla wszystkich. Dostępny i dla wszystkich to znaczy: dający możliwość wyboru, co oznacza „jeśli to Twój klimat, Twój line-up, to jest też Twój!”

OWF nie segreguje publiczności, nie komunikuje też swojej dostępności „poprzez niepełnosprawności”, ale poprzez rozwiązania – „jeśli czegoś potrzebujesz, to sprawdzasz, czy jest, a jak czegoś brakuje, to możesz dać znać. 

Odbywa się raz do roku. Każdego roku jest dostępny trochę bardziej i wierzymy, że trochę lepiej.   

Zacznijmy od początku: najpierw trzeba chcieć

W przypadku OWF najpierw chciał Orange, czyli sponsor tytularny. Dostępność jest ważnym elementem strategii CSR Orange (ang. Corporate Social Responsibility – Społeczna Odpowiedzialność Biznesu). Zależało im na tym, żeby założenia strategii CSR przełożyły się na sygnowane przez Orange wydarzenie. W tym kontekście poznaliśmy się i rozpoczął się proces budowania jednego z najbardziej dostępnych festiwali muzycznych w Europie.

W międzyczasie zmienił się organizator, producent wydarzenia, ale dostępność jako priorytet została. Zostaliśmy i my. W roli organizacji koordynującej, co napawa nas radością i dumą.  

Tym bardziej, że mamy okazję pracować z największym w Polsce producentem wydarzeń: Alter Art i w doborowym partnerstwie organizacji pozarządowych – z Fundacją Widzialni, Fundacją Katarynka, Polską Fundacją Osób Słabosłyszących, Fundacją Orange, a przede wszystkim niesamowitymi ludźmi, którzy kryją się za logotypami… Oni wszyscy chcą! 

Dostępność nie jest tylko dodatkiem

W przypadku tego festiwalu praca nad jego dostępnością trwa mniej więcej tyle, ile praca nad przygotowaniem takiego wydarzenia – raz do roku dla publiczności to cały rok dla ludzi pracujących nad organizacją. Dostępność jest wpisana w każdy etap i obszar pracy nad festiwalem. 

Mamy stałe, bardzo świadome i zaangażowane (a dziś można dodać: wprawione w temacie!) grono ludzi – zarówno po stronie naszego zleceniodawcy Orange Polska, jaki i Alter Art, organizatora festiwalu. W tym gronie zaczynamy i kończymy pracę. Każdego roku w tym samym schemacie: od pierwszych podsumowań, wyciągania wniosków zaraz po festiwalu, przechodząc płynnie do planowania kolejnej edycji. I tak mniej więcej upływa dwanaście miesięcy…

Zimą robimy plany komunikacji, plany techniczne, budżetujemy, przygotowujemy teksty, wytyczne dla wszystkich zaangażowanych – od tzw. wystawców w miasteczku festiwalowym po ochronę, konsultujemy się z partnerami – naszymi oraz partnerami naszych partnerów (to duże wydarzenie o skomplikowanej konstrukcji). Wczesną wiosną intensyfikujemy prace – od audytu transportowego, wizji lokalnych, przez bieżące działania komunikacyjne, szkolenia dla wolontariuszy i wolontariuszek, stały kontakt z publicznością, aż po wejście na teren tuż przed festiwalem i współpracę przy produkcji technicznej, montaże, przygotowanie „zaplecza” oraz Punktu Obsługi Priorytetowej. Potem czas na odprawy – z zespołem, z wolontariuszami i wolontariuszkami, z ochroną, ostatnie przejścia po terenie i poprawki.

Aż otworzą się bramy i przestrzeń wypełni się ludźmi. Wtedy sto procent naszej uważności poświęcona jest publiczności, jej komfortowi i bezpieczeństwu. Każdego dnia dba o to ponad 70 osób – przy czym blisko 60 z nich to najlepsi na świecie wolontariusze i najlepsze na świecie wolontariuszki Fundacji Orange i Alter Art. Od początku do końca – to jest od pierwszej osoby, która pojawi się na terenie festiwalu i w Punkcie Obsługi Priorytetowej, aż do ostatniej…

Stałe elementy gry

Wiele z czynności wspomnianych powyżej konsekwentnie powtarzamy każdego roku, np. audyt komunikacyjny, czy wizję lokalną terenu. Można byłoby zapytać: po co (skoro miejsce jest to samo – Tor Wyścigów Konnych na warszawskim Służewcu)? Niby tak, ale miasto się zmienia – tu remont, tam nowy przystanek, tu nowe przejście dla pieszych, tam krawężnik, a tu już nie ma. Tak samo jak zmienia się teren, na którym odbywa się festiwal – są nowe chodniki, najazdy, jedne nierówności giną, a w innym miejscu pojawiają się nowe. Zmienia się też wizja organizatora – nowe pomysły, nowe atrakcje, nowe rozwiązania.

Wiele z działań festiwalowych odbywa się na obszarze trawiastym oraz piaszczystym. Żeby ułatwić poruszanie się po terenie rozkładane są kilometry gumowego utwardzenia. Tzw. remopla, bo tak nazywa się bohaterka naszej opowieści, jest trudnym i niewdzięcznym w montażu materiałem (ale jeszcze nie wymyślono niczego lepszego). Można się starać – a uwierzcie nam, ekipy techniczne naprawdę się starają! – ale i tak w jednym miejscu wystaje, a gdzieś indziej brakuje. Tu trzeba obcinać, tu sztukować. Wiele lat wprawy pomaga, ale czasem nie wystarcza. I tak, każdego roku trzeba przejść to samo ćwiczenie, bo dla niektórych każde dwa centymetry mają znaczenie.

Podobnie jest ze wszystkimi innymi rozwiązaniami – pochylniami, platformami, pętlami indukcyjnymi, audiodeskrypcją, szerokimi bramkami, oznaczeniami piktogramami, czy toaletami… Dużo tego. 

Każdego roku też szkolimy. Wszyscy wolontariusze i wszystkie wolontariuszki, którzy_re chcą pracować z nami, tj. w ekipie dostępnościowej OWF, przechodzą przez szkolenie. Mamy już stałą, wierną ekipę, ale wciąż – ku naszej ogromnej radości – powiększa się. Robimy też odprawę z ochroną i z wystawcami w miasteczku festiwalowym, bo nawet jeśli firmy są te same, to często ludzie się zmieniają. Zmieniają się też zasady i pojawiają nowe rozwiązania. Zależy nam na tym, żeby wszyscy festiwalowicze i wszystkie festiwalowiczki czuli_ły się tak samo bezpiecznie, ale też tak samo dobrze i właściwie zostali_ły obsłużeni_one. 

Doświadczenie nauczyło nas tego, że każdy detal ma znaczenie. Przynajmniej dla niektórych. A na tym festiwalu wszyscy są tak samo ważni! (Chociaż przyznajemy, że VIP’om skradającym się na platformy dla osób poruszających się na wózkach nie poświęcamy tylu ciepłych uczuć, ile byśmy mogli…).

Z perspektywy publiczności

Kim jest publiczność festiwalowa? Dlaczego ludzie wybierają się na takie wydarzenia? Z wielu powodów. Dla niektórych najważniejszy jest line-up, inni ufają organizatorowi – marce i klimatowi festiwalu na tyle, że to, kto wystąpi jest ważne, ale nie najważniejsze, ważniejsza jest sama atmosfera wydarzenia, spędzenie czasu z przyjaciółmi, znajomymi. Są też tacy i takie, dla których wszystkie powyższe są istotne, ale jeszcze muszą wiedzieć, że na pewno będą mogli i będą mogły z tego skorzystać, że nie natrafią na bariery wynikające ze swojej niepełnosprawności – stałej, czy też tymczasowej. To właśnie nasze zadanie.

Prześledźmy więc drogę na OWF z perspektyw publiczności.

Po pierwsze: informacja!

Głównym narzędziem informowania o OWF jest strona internetowa wydarzenia. Sama strona jest dostępna, tj. zgodna z WCAG (nad czym czuwa Fundacja Widzialni).

Znaleźć można na niej pełną informację o wprowadzonych rozwiązaniach, ale też kontakt do nas (w różnych wariantach), bo każda zainteresowana udziałem w wydarzeniu osoba może liczyć na indywidualne wsparcie, skonsultowanie kwestii zakupu biletu.

Jest też informacja o wydarzeniu w PJM oraz ulotka dźwiękowa (bo stawiamy na różnorodność także przy przekazie informacji).

Zakup biletu – bilet kat. N

Zgodnie z regulaminem imprezy, osoba ze znacznym stopniem niepełnosprawności, a także każda osoba poruszająca się na wózku, może zakupić bilet kat. N, uprawniający do udziału w festiwalu wraz z osobą wspierającą.

To nie jest typowe rozwiązanie. Dlaczego to może być dla kogoś ważne? Bo są takie osoby, które żeby wybrać się na wymarzony festiwal potrzebują bardzo konkretnego i specjalistycznego wsparcia – zabrania za sobą kogoś, kto może im takowe zapewnić.

Bilet kat. N nie stygmatyzuje, ale daje dostęp do różnych rozwiązań. Można z nich skorzystać albo nie. Wybór należy do publiczności. Uprawnienia przypisane biletowi kat. N można też otrzymać indywidualnie (pod warunkiem oczywiście, że się ich potrzebuje) – wystarczy zgłosić się na miejscu do Punktu Obsługi Priorytetowej.

Dotarcie do festiwalowych bram

Tu też można liczyć na wybór. Od opcji „Kiss and Ride” (czyli „podrzucenia”), poprzez zarezerwowane miejsca parkingowe (do tych konieczny jest bilet kat. N oraz zakup biletu parkingowego), na odebraniu spod bram Toru Wyścigu Konnych i dostarczeniu do bram festiwalowych wewnętrznym transportem (dla tych, którzy stawiają na komunikację miejską).

Niezależnie od ścieżki transportu, wszystkich festiwalowiczów i festiwalowiczki potrzebujących wsparcia witają pracownicy Punktu Obsługi Priorytetowej, którzy sprawnie i bez kolejki pomagają w wymianie biletów na opaski.  

Wsparcie potrzebne?

Każda osoba, która potrzebuje wsparcia, bo np. wybrała się na wydarzenia w pojedynkę albo tuż przed uległa jakiejś kontuzji, może liczyć na indywidualne wsparcie na terenie festiwalu – od początku do końca.

Na miejscu

Długą listę wprowadzonych rozwiązań otwiera poszerzona bramka z pierwszeństwem obsługi, kilometry utwardzonych ciągów komunikacyjnych, najazdy na krawężniki, pochylnie i platformy przy obu scenach wyposażone w krzesła. 
Każda z platform oraz Punkt Obsługi Priorytetowej wyposażone są w pętle indukcyjne.

Podczas trwania festiwalu dostępna jest usługa tłumaczenia na Polski Język Migowy (PJM).

Prowadzone jest też radio festiwalowe oraz audiodeskrybowane  koncerty na głównej scenie. Wystarczy ustawić odbiornik radiowy w telefonie na właściwą częstotliwość FM (albo wypożyczyć – bezpłatnie – odbiornik radiowy).

Wypożyczyć można też wózek, kule albo słuchawki wyciszające (tj. ochronniki słuchu).

Rzeczy ważne, ważniejsze i… potrzeby najpierwsze!

Temat kluczowy w kontekście wydarzeń plenerowych: toalety. Wszyscy posiadacze i posiadaczki biletów kat. N mogą skorzystać z szerszych, dostępnych toalet umieszczonych w kluczowych miejscach (m.in. w pobliżu platform przysceniczynych). Szczególnie dbamy o ich dostępność i czystość.   

Zawsze można zadzwonić lub napisać

Przed festiwalem, w trakcie, ale też po tym, jak zamilknie muzyka – jesteśmy. Jak przywieźliśmy i wpuściliśmy, tak też żegnamy, odprowadzamy i odwozimy naszą publiczność.

Oczywiście, nie „naszą”, ale festiwalową, ale mocno zżyliśmy się z OWF i publicznością, z którą mamy bezpośredni kontakt, więc lubimy tak o niej myśleć…

Prolog: 2020…

W tym roku byliśmy w procesie przygotowań ze szczególną radością. Dostępność to proces, wciąż można więcej, bardziej, inaczej i w tym roku miało tak być! Swoją OWFową premierę miało mieć tłumaczenie artystyczne (z naszej perspektywy należy dodać: w końcu!). Wspólnie w naszej „grupie roboczej” z Orange i Alter Art, poszliśmy nawet o krok dalej… Ale jest 2020… Pozostaje nam tylko trzymać kciuki za 2021!

W tym miejscu nisko kłaniamy się całej ekipie pracującej nad dostępnością OWF! Dziękujemy, że możemy to robić z Wami.           


tekst pochodzi z Magazynu PURPOSE – nr 83 Październik 2020 – temat numeru: #dostępnośćuczęsię

projekt #dostępnośćuczęsię dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”.

Komentarze zablokowane

Prezentacja: Teatr 21

Fotografia z przedstawienia teatralnego: na zdjęciu widać trzy postacie, każda widziana mniej więcej od pasa w górę. Z przodu kobieta ubrana na czarno, w tanecznej pozie, z rękami nad głową, uśmiecha się. Za nią kobieta z zespołem Downa, ma długie, rozwiane włosy i kolorowe ubranie, prawdopodobnie porusza się w rytm muzyki. Za kobietą stoi mężczyzna, trzymający duży, elektryczny wiatrak, skierowany na nią. Mężczyzna jest oświetlony czerwonym światłem reflektora znad sceny.

Teatr 21 to działający od 15 lat zespół, którego aktorami są głównie osoby z zespołem Downa i autyzmem.

W ciągu 15 lat naszej działalności stworzyliśmy zespół ludzi, który powołuje coraz to nowe sytuacje. Myślimy o teatrze bardzo szeroko, dlatego staramy się prowadzić różnorodne działania: nie tylko tworzymy i gramy spektakle, ale także prowadzimy warsztaty i szkolenia, wydajemy książki, prowadzimy seminaria, współpracujemy z artystami z różnymi niepełnosprawnościami, działamy w międzynarodowych sieciach, rozwijamy relacje z badaczami i badaczkami z obszaru disability studies czy przedstawicielami i przedstawicielkami sztuki inkluzywnej, prowadzimy zajęcia ze studentami i studentkami.

Cenimy różnorodność, dlatego w naszej pracy szukamy nowych strategii na nawiązywanie partnerskich relacji w przestrzeni komunikacji, tworzenia spektakli czy projektowania warsztatów.
Badamy, czym jest inkluzywność i uważnie pokazujemy obszary, które stwarzają nam trudność. Krytycznie patrzymy na dotychczasowe strategie społeczne i artystyczne, które zepchnęły osoby z niepełnosprawnością w cień. Staramy się systematycznie realizować projekty, które nie pozwolą na dalsze reprodukowanie takich rozwiązań, zarówno w obszarze sztuki, jak i sferze społeczno-politycznej.

Dzięki niegasnącej w nas ciekawości, ale też głębokiej potrzebie działania na rzecz zmiany społecznej, powołaliśmy Centrum Sztuki Włączającej – pierwszą w Warszawie społeczną instytucję kultury, dedykowaną sztuce osób z niepełnosprawnościami. Zachęcamy widzów i uczestników naszych działań do zmiany myślenia o teatrze, spektaklu czy roli aktora. Wierzymy w to, że zmiana naszych przyzwyczajeń w patrzeniu na sztukę skutkuje zmianą nawyków w naszym życiu codziennym.

W czasach pandemii koronawirusa powołaliśmy do życia dwa projekty on-line: „Strategie przetrwania” oraz „EXIT”, w których wzięli udział nie tylko aktorzy Teatru 21, ale również artyści spoza naszego stałego zespołu.

Czytaj więcej o naszej działalności i bądź z ZESPOŁEM!:
Strona internetowa: teatr21.pl
Facebook: facebook.com/teatr21
Instagram: instagram.com/teatr_21
YouTube: youtube.com/teatr21


tekst pochodzi z Magazynu PURPOSE – nr 83 Październik 2020 – temat numeru: #dostępnośćuczęsię

projekt #dostępnośćuczęsię dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”.

Komentarze zablokowane

Wywiad: Perspektywa publiczności

rozmowy Agaty Etmanowicz i Justyny Kieruzalskiej

Dwa czarno-białe zdjęcia dwóch kobiet ułożone obok siebie. Każde ze zdjęć jest w kwadratowej, czarno-żółtej ramce, przypominającej taśmę ostrzegawczą. Z lewej strony każda ramka jest przerwana a w przerwie znajduje się znaczek „hasztag” – na pierwszym zdjęciu żółty, na drugim czarny. Na pierwszym zdjęciu widać kobietę około trzydziestki, z ciemnymi włosami związanymi w kok na czubku głowy i w czarnym golfie. Kobieta uśmiecha się, mrużąc jedno oko. Na zdjęciu jest Agata Etmanowicz. Na drugim zdjęciu młoda kobieta z grzywką zaczesaną na boki i prostymi włosami do ramion. Jej twarz odwrócona jest pod kątem ale kobieta patrzy w obiektyw, delikatnie się uśmiecha. Na zdjęciu jest Justyna Kieruzalska.
Agata Etmanowicz i Justyna Kieruzalska

W tym roku przeżyliśmy całkowite „zamknięcie świata”. Zapytaliśmy więc ekspertów i ekspertki – ludzi, którzy są publicznością instytucji kultury o ich doświadczenia związane z udziałem w kulturze podczas społecznej izolacji, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że ich obserwacje, potrzeby i sugestie pomogą nam wszystkim w budowaniu lepszych, bardziej dostępnych działań kulturalnych w przyszłości. Nikt nie wie o dostępności więcej niż ludzie, dla których się ją robi.
Poniższa rozmowa w dwóch odcinkach. Z publicznością niewidomą i słabowidzącą rozmawia Agata Etmanowicz. Rozmowę z publicznością g/Głuchą przeprowadziła w Polskim Języku Migowym i spisała: Justyna Kieruzalska.

Agata Etmanowicz: Opowiedzcie mi proszę o Waszych doświadczeniach i uczestnictwie w kulturze sprzed pandemii. Macie swoje ulubione miejsca, wydarzenia?


Cezary: Chodziłem ze znajomymi do kina Elektronik. Nie mam co prawda takich dużych problemów ze wzrokiem, ale w związku z tym, że audiodeskrypcja była, to mogłem się skupić na wszystkich szczegółach fabularnych, a całą resztę tła opowiadał mi lektor. To było super. Z tego, co zauważyłem, to po tej pandemii nie ma tego chyba, albo ja nie mogłem trafić. W internecie też nie trafiłem na taki dostępny film.

Robert: Mam dobre doświadczenia przede wszystkich z wydarzeń zrobionych przez Kulturę Bez Barier – filmów, spektakli. Zdarzało mi się chodzić na rzeczy, które oni organizowali, w których była audiodeskrypcja, tłumaczenie na Polski Język Migowy. To są przede wszystkim moje doświadczenia. Nie spotkałem czegoś takiego – mówiąc kolokwialnie – na wolnym rynku. Tylko że to są doświadczenia dedykowane konkretnej grupie. Najbardziej boli mnie to, że nie ma takiego myślenia o tym, że to powinno być stale, zawsze, bez segregacji, wychodzące poza założenie, że akurat tego dnia to jedno wydarzenie będzie dla niepełnosprawnych dostępne. Generalnie zwiedzanie muzeów czy propozycje filmowe i teatralne, to takie doświadczenia, jakie sprzed tego okresu mam.   

Radek: Bywałem w teatrze, bywałem na musicalach, bywałem na koncertach. Mam doświadczenie z filmami z audiodeskrypcją, ale nie na spektaklu teatralnym. Najczęściej chodziłem z kimś widzącym i dostawałem informację, co tam się dzieje na scenie.

A jak świat się zamknął, to zmieniło się coś? Jak wyglądało Wasze uczestnictwo w kulturze podczas pandemii? Oglądaliście coś – filmy, spektakle teatralne, koncerty?

Radek: Odpaliłem jakiś tam koncert w sieci, na Facebooku. Gość siedzi na krześle, gitara. Do tego nie potrzeba audiodeskrypcji. W związku z tym, że można założyć słuchawki, wyciągnąć się na kanapie, udało mi się przespać pół koncertu (śmiech). Oglądałem też taki duży koncert gwiazd transmitowany w telewizji. Każdy nadawał z domu. Artyzmu może szczególnego w tym nie było, ale to było dla mnie ciekawe dlatego, że każdy coś opowiadał, każdy miał inny sprzęt. Skończyłem szkołę asystenta operatora dźwięku, więc te kwestie sprzętowe były dla mnie szczególnie interesujące – kto co tam ma w domu, na czym i jak transmitował.
Filmy też oglądałem. Korzystam ze wszystkich platform streamingowych, ale bez audiodeskrypcji. Jak oglądam takie lekkie seriale, to nawet wolę bez, bo za dużo gadania, nawet przeszkadza, ale przy większych produkcjach zdecydowanie się przydaje.  

Cezary: Spektakle teatralnie nie bardzo, ale filmy jak najbardziej. Głównie na tych płatnych platformach streamingowych, ale żeby było stricte dostępne dla niepełnosprawnych, to nie spotkałem się z tym.

Robert: Dla mnie zmieniło się z innego punktu. Sporo filmów oglądam w telewizji, a seriali na platformach różnych. Fajne było to, że można było włączać sobie np. różne spektakle teatralne, że były ogólnodostępne i nie trzeba było za nie płacić, ale smutna prawda jest niestety taka, że one były raz, że w dużej mierze bardzo słabej jakości – słyszalność i oglądalność tego była mierna. Rozumiem, że nie robią tego na co dzień, więc nie mają takich wydarzeń przystosowanych z funkcją audio, że to są nagrywane roboczo przedstawienia teatralne. Rodzina musiała mi tłumaczyć. Nie miałem zupełnie oglądu tego, co dzieje się na scenie. Dostępność w tym znaczeniu: słaba. Nie mam pojęcia, jak to jest w przypadku zwiedzania muzeów. Wydaje mi się, że jest dużo więcej opowiadania. Nie wchodziłem na opcje zwiedzania muzeów. Wiem, że mój syn uczestniczył w takich zdalnych lekcjach muzealnych. To było fajne dla niego. On też jest słabowidzący. Bardzo dużo mieli tłumaczonych rzeczy i można było rozmawiać z osobą, która oprowadzała po wystawie. Moim zdaniem generalnie dostępność była znikoma. Jeśli była…

Skąd czerpiecie informacje o wydarzeniach?

Robert: Dużo pracuję, więc nie mam czasu szukać sam. Najczęściej więc jak usłyszę w radio, czy pojawi mi się coś na Facebooku. Oprócz tego wspomaga mnie w tym moja żona. Ona może szybko wyszukać.

Radek: Moje główne źródła wiedzy to Facebook i telewizja.  

Cezary: Ja nawiążę jeszcze do systemu kupowania biletów na stronach internetowych. Mam z tym głównie złe doświadczenia. Na przykład system kupowania biletów w kinie jest zupełnie nieczytelny. Ta zajętość miejsc jest niewidoczna. Za mała różnica kolorystyczna między wolnymi a zajętymi. Powinien być większy kontrast. Jedne jaśniejsze, a drugie ciemniejsze. Mam problem z określeniem dostępności miejsc.

A jak podejmujecie decyzję wzięciu udziału w wydarzeniu?

Robert: Szybko (śmiech). To kilka składowych. Najważniejsza to mój czas. Jak jest jakieś wydarzenie, które mnie bardzo interesuje, to nawet nie zwracam uwagi na to, czy jest dostępne. Idziemy rodzinnie i wiem, że mi pomogą, opowiedzą. A jak są takie wydarzenia z kategorii „być może mógłbym pójść” i nie ma audiodeskrypcji, to się tym nie interesuje nawet.  

Lubicie audiodeskrypcję?

Robert: Lubię. Ja praktycznie zawsze korzystam z audiodeskrypcji. Pomimo tego, że jeszcze odrobinkę widzę i czasem zobaczę coś tam na ekranie, to w tej chwili nie wyobrażam sobie oglądać filmu – jeśli ma audiodeskrypcję – bez niej. Dla mnie jest to poszerzenie drogi wzrokowej, wypełnienie pola widzenia i ostrości. Audiodeskrypcja jest dla mnie okiem na przestrzeń, którą oglądam. Trochę mnie denerwuje, że na tych platformach jest audiodeskrypcja jest tylko w wersji anglojęzycznej.

Cezary: Oglądam filmy po angielsku. Nie wiedziałem nawet, że jest. Szkoda, że to nie jest szerzej rozpropagowane i trzeba się jakoś pokątnie dowiadywać. Dobrze byłoby to zmienić, żeby jakaś reklama tego była.

Robert: Ideałem audiodeskrypcji byłoby to, gdyby były ze cztery kanały: kanał dla młodych, kanał dla starszych, kanał dla kobiet, kanał dla mężczyzn. Jak mężczyzna ogląda film, to bardziej może go interesować jaka fura podjeżdża, albo jak wygląda blondyneczka, która tam jest. A kobietę niewidomą bardziej może interesować strój, makijaż i tego typu rzeczy. Starszych ludzi co innego będzie interesowało niż młodzież.

Taka audiodeskrypcja według potrzeb?

Cezary: (Śmiech) O tym nie pomyślałem nawet. Bardzo słuszna uwaga.

A audiodeskrypcja koncertu? Z naszego doświadczenia wynika, że niektórzy są zachwyceni, a niektórzy gardzą…

Robert: No tak, bo to zależy od tego, po co przychodzą – czy przychodzą ze znajomymi posłuchać muzyki i napić się piwa, czy chcą uczestniczyć w koncercie. Bo to jest zupełnie co innego. Jeśli chcesz uczestniczyć w koncercie, to chcesz wiedzieć, co się dzieje. Jeśli przychodzisz posłuchać muzyki, to nie bierzesz radia do audiodeskrypcji. Z różnych powodów. Weź pod uwagę, że dużo osób niewidomych przychodzi ze swoimi znajomymi. Chowają białą laskę i są incognito. I takie radyjko może być pewnym stygmatem. To jest jak z pomocą na ulicy. Ja zawsze korzystam, jak ktoś mi proponuje, bo wiem, że to jest też edukacyjne, ale znam gros ludzi niewidomych, którzy się na to denerwują, że ktoś chce im pomagać.

Cezary: Jak najbardziej, ale taka mało inwazyjna, czyli np. jak ktoś wchodzi, to go przedstawić i powiedzieć, że teraz będzie grał na czymś tam, ale nie na zasadzie: „teraz perkusista bierze pałeczki”. Żeby ta audiodeskrypcja była taka delikatna, oszczędna.

Radek: Jakby była dostępna audiodeskrypcja na koncercie, to bym skorzystał, bo to jest o tyle fajne, że nawet jeśli ktoś jest obok ciebie, to nie zdąży ci opowiedzieć. A jak wychodzicie razem, to też fajnie, żeby ten ktoś mógł się sam skupić na doświadczeniu. Szczególnie w przypadku takich koncertów, na których jest show. W przypadku mniejszych to niekoniecznie, bo idę posłuchać, ale pewnie jakbym miał opcję, to skorzystałbym z samej ciekawości.

Co jeszcze oprócz audiodeskrypcji?

Robert: Mi się podoba, jak jestem w muzeum – np. Narodowe jest mistrzostwem świata pod tym kątem, i Zachęta – że wiele eksponatów ma duplikaty tylko po to, żebym ja mógł podejść i dotknąć. To jest fajne, że coraz więcej mamy takich możliwości, że oprócz tego, że słyszę o jakiejś np. rzeźbie, to mogę też podejść i oryginał albo kopię dotknąć, zobaczyć.    

Znacie Braila?

Robert: Nie znam Braila. Jest np. jakaś dziwna walka, żeby menu w restauracjach były dostępne w alfabecie Braila. To jest takie trochę na pokaz. Jest też niepraktyczne. Menu się przecież zmienia. Ja bym wolałbym, żeby było dostępne np. na telefonie, żebym ja mógł to ogarnąć, telefon szybko mi czyta. Wyobraź sobie taką kartę menu. Ty dostajesz jedną. Ja trzynaście.

Cezary: Nie, nie. Nie znam brajla. Kiedyś chcieli mnie w szkole nauczyć, ale stwierdziłem, że to jest mi niepotrzebne.

Radek: Z Braila nie korzystam. Z linijek brajlowskich nie korzystam. Korzystam z udźwiękowień.

A audiobooki?

Cezary: Oczywiście! Uwielbiam! Są audiobooki i słuchowiska. Wolę audiobooki zdecydowanie bardziej, bo w słuchowiskach jest za dużo dźwięków i to drażni po jakimś czasie.
Audiobooki są fajne, bo nie męczą oczu. Kiedyś brałem się za czytanie. Pamiętam, jak przeczytałem Władcę Pierścieni, wszystkie trzy tomy. Miałem dość. Przy audiobookach mogę lepiej się skupić, wsłuchać w głos lektora.

Czy możecie opowiedzieć o tym, jak korzystacie z komputera i smartfona?

Cezary: Normalnie (śmiech). Systemowo to jest taki program Lupa, a w Androidzie, w smartfonie, to trzy kliknięcia i ekran się powiększa, jak sobie chcę. Wszystko jest zapewnione przez dostawcę. W smartfonie to tylko jest taki problem, że ekran nie zawsze się skaluje tak, jakbym chciał, że klawiatura nie współgra z tym powiększeniem. Są takie problemy, z którymi niestety trzeba sobie radzić. Generalnie telefon bardzo mi bardzo pomaga, bo jak czegoś nie widzę, to robię sobie zdjęcie, powiększam i mam. No i lupa.

Robert: Korzystam ze screen reader. Mam iPhone’a. Podobnie, jak podejrzewam, 99% moich znajomych niewidomych. Takich niewidomych-niewidomych. A na komputerze korzystam po prostu z gadacza, bezpłatnego programu NVDA. Dobrze mi się pracuje w ten sposób. No i skróty klawiaturowe.
Zacząłem tracić wzrok dziesięć, jedenaście lat temu i od tamtego czasu nie ma też zbyt wiele przestrzeni na to, żeby się uczyć od nowa obsługi komputera. Wcześniej pracowałem wzrokowo na komputerze. Praca w Word i innych aplikacjach Microsoft to jest coś, co spokojnie mogę zrobić, ale już do innych rzeczy, a przede wszystkim korzystania z internetu, to zdecydowanie nie na komputerze, bo nie umiem tego zrobić. Jeśli szukam czegokolwiek, to szukam na telefonie i wysyłam sobie maila z linkiem.   

Radek: Ja też korzystam z iPhone’a i jego Voice Over, a na i komputerze też podobnie, tzn. z NVDA.  

Korzystacie z mediów społecznościowych?

Robert: Z Facebooka korzystam, nie mam już czasu na inne. Jeśli dobrze kojarzę, to Instagram jest głównie zdjęciowy. Z tego nie korzystam, bo większość opisów, jakie mam, daje mi telefon, czyli np. na zdjęciu może być jedna, dwie, pięć osób, na zewnątrz. Telefon powie mi, czy na zdjęciu jest zwierzę, niemowlę itd. Jak koleżanka się oznacza na zdjęciu na Bulwarach Wiślanych, to telefon mi mówi „na zdjęciu jest jedna osoba i ocean”.

Radek: Tylko Facebook.  

Cezary: Facebook.

Opisy zdjęć?

Cezary: Mi opisy nie są do niczego potrzebne, ale za to korzystam z ciemnego trybu, który ostatnio Facebook wprowadził. Uważam to za krok milowy w dobrą stronę. A inne rzeczy to raczej mi przeszkadzają niż pomagają.

A jeśli opisy są w ALTACH, tj. tekście alternatywnym?

Cezary: To wtedy OK. Wtedy to nie wpływa na mój odbiór.

Robert: Wiem, że jest opcja, ale nikt tego nie robi. Nie wiem, jak to się robi technicznie, sam nigdy nie opisywałem zdjęć, bo nie wiem, co się na nich znajduje (śmiech). Jako użytkownik zdecydowanie wolę, jak mi od razu opisuje telefon, co jest na zdjęciu. Nie ma wtedy powtarzania, tzn. że najpierw z automatu telefon się domyśla, co jest na zdjęciu, a potem jest opis. Tego nie lubię. Wolałbym, żeby to było w jednym miejscu.

Radek: Dla mnie najważniejsze, żeby był opis, a gdzie to już kwestia drugorzędna. Oczywiście najlepiej w tekście alternatywnym, bo nie muszę szukać po komentarzach, samo się czyta.
Najgorsze jest to, z mojej perspektywy, jak instytucje ogólnie związane z niepełnosprawnością, taki PEFRON np., ale też PZN, potrafi wrzucać zdjęcia na Facebooka, które nie są w żaden sposób opisane. Ja już nie mówię ktoś tam prywatnie, czy nawet przedsiębiorstwa, czy instytucje, które w ogóle nie są związane z niepełnosprawnością, bo tam się nikt tym nie zajmuje, jak do tej pory. Mówię o tych, które są „branżowe”, ale nie robią tego, bo nie chce im się, a może nie wiedzą jak.

Czy moglibyście opowiedzieć mi, jak widzicie albo jak nie widzicie?

Cezary: Z tego co lekarze mówią, to mam 20-30% tego, co normalnie człowiek widzi. Mam barwnikową degenerację siatkówki. W dzień jest trochę gorzej, bo mam pochodną tej choroby, czyli światłowstręt, a wieczorem jest dużo, dużo lepiej. I na przykład jak jestem w kinie i mam tylko napisy, to mam problem z ich odczytaniem, tzn. czytam je, ale zbyt wolno i one zbyt szybko przeskakują. Dlatego audiodeskrypcja bardzo pomaga.

Robert: Widzę w tej chwili jakieś może 2% tego, co się widzi normalnie, pole widzenia w granicach dwóch stopni. Widzę tak, jakbyś ty dostała klapki na oczy z taką maluteńką dziurką, patrzyła tylko przez tę dziurkę, czyli mam bardzo lunetowe widzenie. Jakby ktoś pytał, czy widzę tę ciemność, to nie widzę tej ciemności po bokach. To, co widzę, to jest moje sto procent, to jest sto procent mojego pola widzenia, nie widzę, że to jest luneta, że tam po bokach jest czarność. Nie widzę w przestrzeni, w której nie widzę. Jeśli chodzi o odległość, to to, co normalny człowiek zobaczy ze stu metrów już, to ja dopiero zobaczę z dwóch i nie mam w ogóle ostrości widzenia. Widzę, że coś się zbliża, natomiast nie jestem w stanie zobaczyć szczegółów. Jakbyś bardzo mocno teraz zacisnęła oczy, to na pewno zobaczysz przed oczami pełno latających plam. To ja te plamy mam non-stop.

Radek: Jestem po usunięciu obu gałek ocznych, więc nic nie widzę.  

Co to właściwie znaczy nic nie widzieć?

Radek: To widzieć nic. Ani ciemno, ani jasno, nic. Nie widzę od czwartego roku życia. Może mi się wydawać, że pamiętam kolor, czy cokolwiek. To przede wszystkim jest kwestia wyobraźni. Obrazy w mózgu takie typowe, jak wy widzicie, mi nie zostały. Raczej wszystko jest produktem wyobraźni. Lubię, jak opowiada mi się o kolorach, lubię wiedzieć co, jak, gdzie, ale najciekawsze są dla mnie kształty, to, co percepcyjne jestem w stanie sobie wyobrazić.

Gdybyście mogli wysłać teraz wiadomość do ludzi kultury, ludzi realizujących, planujących wydarzenia, to co byście im powiedzieli?

Cezary: Nie tylko robić dostępnie, ale informować. Osoby słabowidzące, takie jak ja, to mają tak, że „a, nie pójdę gdzieś, bo nie wiem, gdzie jest ta kasa, nie wiem co z tymi biletami, czy trzeba kupić przez internet, czy na miejscu, nie widzę numerka na siedzeniu, nie będę wiedział gdzie usiąść, jeszcze kogoś podsiądę. Jest dużo takich technicznych rzeczy, które są barierami. Są w stanie zaważyć, sprawić, że decyzja jest negatywna, jeśli chodzi o pójście do teatru czy do kina. Czasem wystarczy, żeby przy kasie ktoś podpowiedział. Na bilecie jest napisane, że rząd 5, miejsce któreś tam, ale żeby informacja była też głosowa. Czy żeby była osoba, która pomoże, weźmie i tego niepełnosprawnego tam zaprowadzi. Raczej się z tym nie spotkałem.

Robert: Żeby pamiętali o tym, że 500 tysięcy osób niewidomych w Polsce to też potencjalni klienci. Chwila poświęcona na dostępność to są realne pieniądze z wydarzenia, na które my też pójdziemy, jeśli będzie dostępne. Obserwowałem to też w kontekście wyborów. Myślę sobie, że pierwszy polityk, który to zrozumie i na to wpadnie, ma jakieś pół miliona wyborców w kieszeni. 

Radek: Myślenie o tym, szczególnie o tym, co jest proste, co mało kosztuje, a poprawi dostępność. Taka audiodeskrypcja np. filmu to nie jest prosta rzecz. Ktoś musi usiąść, pomyśleć, napisać, ktoś musi przeczytać, ktoś nagrać. Niemało roboty. Ale jak już jest, to żeby było o tym słychać, żeby było wiadomo, że jest, żeby było rozreklamowane. Robienie i nieinformowanie to nieszanowanie własnej roboty.

Justyna Kieruzalska: Czy możecie podzielić się z nami wspomnieniem z uczestnictwa w wydarzeniu kulturalnym sprzed pandemii?

Tomasz: Przed pandemią dużo chodziłem na różne wydarzenia kulturalne. To moja pasja. Bliskość ze sztuką zaspokaja moje potrzeby, uspokaja. Pracom artystycznym, artystom zawdzięczam inną perspektywę myślenia. Chodziłem do Galerii Sztuki Zachęta, do teatru, na filmy, kino polskie. Oglądam filmy polskie z napisami. Czasami zwiedzałem muzea, czasami Polin Muzeum Historii Żydów Polskich, w którym odbywały się ciekawe cykliczne wydarzenia tematyczne.

Piotr: Ja uczęszczałem na przykład do Zachęty w Warszawie, 2-3 razy w miesiącu chodziłem. Oprowadzała po wystawach osoba Głucha – Daniel Kotowski. Ostatni raz przed pandemią, w marcu, byłem na wystawie „Liliana Porter. Sytuacje”. Wcześniej często chodziłem do Zachęty i czułem się dobrze, doświadczając różnych nowych rzeczy i wiedzy. Oprócz Zachęty chodziłem też do Muzeum Narodowego i do Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Anna: Przed pandemią chodziłam na różne wydarzenia kulturalne, spotykałam się z ludźmi, były dyskusje, było co oglądać na żywo.

Karolina i Mateusz: My często chodziliśmy do Teatru Słowackiego w Krakowie. Był dostępny tłumacz PJM, dlatego wybraliśmy się tam po raz pierwszy, a potem kolejne.

A czy te wydarzenia kulturalne, o których wspominacie, były dla Was dostępne w pełni? Tłumacz języka migowego, napisy itd.? A może niewiele brakowało, aby była pełna dostępność?

Anna: Tak, były. Na przykład Muzeum Śląskie organizowało wystawy, po których oprowadzała osoba g/Głucha, posługująca się Polskim Językiem Migowym. Także Miasto Ogrodów Katowice organizowało różne wydarzenia, wystawy. Też oprowadzała po nich osoba g/Głucha. Takie rozwiązania zapewniły mi pełną dostępność w kontakcie ze sztuką. Natomiast jeśli prowadzi osoba słysząca, to nie przychodzę w ogóle.

A gdyby był tłumacz PJM, który przetłumaczyłby to, co osoba słysząca mówi, to byś przyszła?

Anna: Tak, zdarzało mi się korzystać. Na przykład podczas Nocy Głuchej ktoś wykładał na temat sztuki, był tłumacz PJM, który tłumaczył obok osoby słyszącej.

Piotr: Na pewno nie można powiedzieć, że jest dostępność w stu procentach. Przeszkadza mi to, że musimy dopasować się do konkretnych terminów i godzin. My musimy się dostosować, a nie odwrotnie. Instytucje kulturalne nie zawsze dopasowują godziny wydarzeń pod potrzeby ludzi. Takie rozwiązanie jest dla mnie trochę niekomfortowe i niewygodne. Zdarzało się, że wydarzenie było pokazywane tylko raz i nie było szansy, żeby obejrzeć w innym terminie, który mi pasuje. To jest dla mnie problem. Generalnie tłumaczenie na PJM jest bardzo dobre, na poziomie, jestem bardzo zadowolony z jego jakości, nie było problemu z odbieraniem informacji i zrozumieniem ich treści. Fajne jest to, jak można porozmawiać, wymienić się wrażeniami, dopytać, a nie jak tłumacz miga jednostronnie. Uważam, że wymiana myśli jest bardzo potrzebna, dzięki temu rozwijamy się, mózg pracuje. W przypadku gdybyśmy przyszli na wystawę z tłumaczem, który tylko tłumaczy i nie ma możliwości, żeby dyskutować, to później wracamy do domu i nie czujemy się zmotywowani do dalszego rozwoju. Dlatego byłoby najlepiej, gdyby na wystawach, po oprowadzaniu można było dyskutować. Ogólnie nie jest tak źle, tylko minusik za te ograniczone terminy.  Tak sobie myślę, że może lepszym innym rozwiązaniem byłoby zamieścić tłumacza na niewielkim ekranie w razie gdyby ktoś nie mógł przyjść w danym terminie. Albo może by umówić się na indywidualne oprowadzanie. Chyba czegoś takiego jeszcze nie było…

Karolina: Tylko Teatr Słowackiego jest dostępny dla g/Głuchych, a o innych teatrach, w których jest tłumacz, jeszcze nie słyszałam. Dawno temu PZG Kraków organizował z okazji Dnia Głuchych wydarzenia w teatrze pantomimy Maddy. To było dla mnie bardzo fajne i ciekawe doświadczenie. I pierwsze wydarzenie teatralne w moim życiu za pośrednictwem tłumacza. To jak wygląda praca tłumacza na scenie, zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. To doświadczenie teatralne nauczyło mnie też, w którym miejscu na scenie powinien znaleźć się tłumacz, żeby wrażenia z oglądania były lepsze. Moim zadaniem, odbiór g/Głuchej widowni polepsza się, jeśli tłumacz oddalony jest od sceny, tak żeby wzrok g/Głuchych znalazł się na wysokości osób stojących na scenie – zarówno tłumacza jak i aktorów. Wtedy można oglądać równomiernie, wodzić wzrokiem bez niepotrzebnego wysiłku. Jeśli g/Głusi siedzą bardzo blisko sceny, nie są w stanie oglądać, trzeba podnosić głowę do góry bądź kręcić w obie strony.

Na scenie było dwóch tłumaczy?

Karolina: Tak, było dwóch. I np. w przypadku dialogu dwóch aktorów, każdy tłumacz tłumaczył jednego z nich, tak żeby g/Głusi wiedzieli, kto do kogo mówi. Na początku byli trochę zdezorientowani i gubili się, który tłumacz tłumaczy którego aktora, ale później się przyzwyczaili.

Mateusz: Chciałbym zwrócić uwagę na coś jeszcze. Teatr Słowackiego jest super, tylko jest jeden mały minus: widownia usytuowana jest na płasko, ludzie siedzą na tej samej wysokości i zasłaniają scenę. Uważam, że dobrym rozwiązaniem dla g/Głuchej publiczności jest widownia stopniowana. Wtedy g/Głusi nie mieliby problemu z oglądaniem całej sceny.

Czy sytuacja obowiązkowego zamknięcia się w domu wpłynęła na Wasze uczestnictwo w kulturze? Czy coś się zmieniło?

Tomasz: Generalnie mówiąc: wolę uczestnictwo w kulturze w rzeczywistości, a nie w internecie. To są inne wrażenia. W internecie obrazy, performance są dla mnie też w porządku. Na przykład TR Warszawa opublikował spektakl teatralny z napisami. To dla mnie była ogromna niespodzianka. Oglądało się to naprawdę bardzo wygodnie, podobnie jak film z napisami. Mogłem zobaczyć emocje, mimikę aktorów i przeczytać napisy jednocześnie. Wiem, że być może teatr w wersji offline jest lepszy, ale ekran z napisami czasami bywa oddalony od sceny i trzeba kręcić głową w jedną i drugą stronę, co nie zapewnia niestety poczucia wygody ani komfortu. Nie można oglądać spokojnie, skupić się i dostrzec wszystkiego, co dzieje się na scenie. Dlatego ten spektakl TR z napisami sprawił na mnie tak ogromne wrażenie. Niby to tylko napisy, ale dla mnie to duży plus. No, ale bez tłumacza PJM.
Dużo było różnych wydarzeń, wykładów itd, w których było dostępne tłumaczenie na PJM. Tylko czasu było niewiele… Nie dałoby się wszystkiego obejrzeć nawet jeśli siedziałoby się cały dzień. To ogromna zmiana w kontekście tego co było przed pandemią. Koronawirus sprawił, że internet stał się miejscem bardziej dostępnym. Może ktoś zaczął się zastanawiać nad tym, jak g/Głusi radzą sobie bez dostępu do informacji. Może ktoś w końcu dostrzegł wieloletnią walkę g/Głuchych o dostępność telewizji, tłumaczenie na PJM. Może słyszące społeczeństwo zreflektowało się, że g/Głusi powinni dostać wsparcie. To tylko moje zdanie.

Karolina: W czasie pandemii zauważalny stał się tłumacz języka migowego w rogu ekranu, wcześniej tak często się to nie zdarzało. Ale czy brałam udział w wydarzeniach online? Raczej nie brałam, bo jakoś dziwnie się czułam, oglądając teatr za pośrednictwem laptopa. Dla mnie po prostu dziwne uczucie, mniej prawdziwe, zdecydowanie nie dla mnie. Poza tym godziny wydarzeń teatralnych online nie zawsze mi pasowały. Wieczorami nie miałam czasu, rezygnowałam i nie uczęszczałam w ogóle. Kultura w sieci to dla mnie taka inna, dziwna rzecz. Zauważyłam, że w niektórych muzeach, galeriach były wirtualne oprowadzania, ale nie było tłumacza. Nie korzystałam z tego.

Mateusz: Poza tym było mało informacji o nadchodzących wydarzeniach kulturalnych online za pośrednictwem mediów. Dopiero dzięki udostępnieniom znajomych dowiadywało się o jakimś wydarzeniu. Reklama była słaba.
Dobrym pomysłem byłoby nagrywanie wydarzeń kulturalnych w formie wideo i udostępnianie tak, żeby można było oglądać w dowolnym czasie.

Tomasz: Zgadzam się z tym co powiedział Mateusz, że brakowało informacji o nadchodzących wydarzeniach kulturalnych z dostępnością w internecie. Zdarzało się, że podczas siedzenia na Facebooku, nagle wyskakiwało jakieś wydarzenie w formie wideo z tłumaczeniem, ale w związku z tym, że nie widziałem od początku, to ciężko mi było „wskoczyć”, nie miałem pojęcia, o co chodzi. Miałem takie wrażenie, że jest za dużo tego wszystkiego i ciężko nadążyć. Aha, byłem miło zaskoczony Fundacją Batory, że zapewniała po raz pierwszy narzędzia dostępnościowe. Dzięki temu trafiłem na tematy związane ze społeczeństwem, polityką, perspektywą widzenia na obecną sytuację. Na to starałem się znaleźć trochę czasu, żeby obejrzeć.

Anna: Przed pandemią uczestniczyłam w wydarzeniach kulturalnych, chodziłam do muzeów. Jednak muszę się przyznać, że nie czuję specjalnej pasji do sztuki. Czasami chodzę, niezbyt często, zaledwie kilka razy w roku. Myślę, że to raczej mało. Natomiast jak pandemia się zaczęła, to prawie w ogóle nie brałam udziału w wydarzeniach kulturalnych. Wolę na żywo, ponieważ można się spotkać, skontaktować z ludźmi, spytać o coś. Można nawiązać kontakt wzrokowy, natomiast w trybie online nie ma wzajemnego kontaktu. Poza tym, podczas pandemii praca zupełnie mnie pochłonęła, więc nie miałam kiedy oglądać online. Miałam dwa razy więcej roboty. Nie miałam czasu na inne sprawy, musiałam się skupić na pracy.

Piotr: Przyzwyczaiłem się do tego, że chodzę na wystawy, do muzeów na żywo. Bardzo lubię taką formę spędzania wolnego czasu. Oglądanie, czucie, dotykanie, możliwość odbierania wrażeń emocjonalnych. Natomiast udział w wydarzeniach online sprawiał, że oglądałem i oglądałem… Ale nie odczuwałem czegoś szczególnego… Nie było możliwości wyboru, co chcę zobaczyć, tylko trzeba było dostosować się do programu przygotowanego przez daną instytucję kultury. Były to np. pokazy slajdów. Nie mogłem się spokojnie przyjrzeć obrazom, ponieważ czas był ograniczony. Pod nimi była możliwość komentowania, ale wolałbym jednak realne spotkania z ludźmi, dyskusje. Podobnie jak pozostali, w marcu i kwietniu, kiedy jeszcze było obowiązkowe zamknięcie się w domu, nie szło mi myśleć o sztuce, tylko musiałem się skupić na bieżących problemach, w tym pracy. Gdybym nawet starał się uczestniczyć w wydarzeniach online, to nie skupiałbym się. Jeśli sytuacja byłaby lepsza, czułbym się spokojniejszy, to z pewnością dałbym radę skupić się na kulturze. Jeszcze jedna sprawa, na którą chciałbym zwrócić uwagę, to taka, że w czasie pandemii za dużo siedzenia było. Praca zmieniła się w zdalną, pół dnia pracowało się, więc kolejne pół dnia siedzenia przed ekranem, żeby uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych, to już dla mnie za wiele. Wolałbym po prostu wychodzić z domu, na wystawy, do muzeum, spotykać się z ludźmi. Lubię doświadczać, oglądać sztukę na żywo. Lubię różnorodność obiektów, także ich wielkości. Na ekranie tego nie ma, wszystko jest tak samo małe. Podobnie jak tłumacz PJM na ekranie. Też czasami za mały. Trudno mi zmienić swoje przyzwyczajenia i zmienić życie w tryb online. Internet nic mi nie daje. Ale mam to szczęście, że mieszkam w Warszawie i mam możliwości uczestniczenia w wydarzeniach kulturalnych na żywo. Myślę jednak, że dla mieszkańców mniejszych miejscowości, internet daje ogromne możliwości. No i jest teraz więcej dostępnych tłumaczy PJM, co oceniam na plus. Cieszy mnie, że coś się zmieniło.

Dlaczego uczestniczyliście w tych konkretnych wydarzeniach? Co sprawiło, że zdecydowaliście się właśnie na nie?

Piotr: Oglądam najchętniej te tematy, które naprawdę mnie pasjonują. Nawet w Zachęcie, czy Muzeum Sztuki Nowoczesnej, jak były takie wydarzenia, które mnie nie interesowały, to nie poszedłem. Wszystko zależy od tematu. Tak samo dotyczy uczestnictwa online. Tu jest dodatkowa kwestia, np. jeśli chodzi o niektóre wydarzenia w Zachęcie, to dzięki materiałom wideo mogłem nadrobić to, czego wcześniej nie widziałem. W tym kontekście, wraca wcześniej wspomniana kwestia możliwości wyboru terminu, żeby to nie były sytuacje jednorazowe, żeby można obejrzeć w dogodnym terminie.

Karolina: Tak, zgadzam się. Jeśli coś nie pasuje, to można nadrobić w domu. Ale jeśli chodzi o teatr, to zdecydowanie wolę doświadczenie na żywo – kontakt z prawdziwymi ludźmi daje różne emocje. To samo dotyczy zwiedzenia muzeów, wystaw. Również wolę zobaczyć, móc dotknąć. W wizualnej rzeczywistości tego brakuje. Filmy, kino to inna sprawa. Można oglądać bez problemu w domu, jeśli są napisy. W filmach zdecydowanie wolę napisy niż tłumacza języka migowego.

Tomasz: Oferta kulturalna w Internecie była naprawdę bogata, ale właśnie: terminy. Jak wydarzenie się odbędzie w terminie, który mi nie pasuje, to nie ma powtórki. Tylko tu i teraz, ten jeden raz i koniec. Drugiej szansy nie ma. I jak dzieje się kilka rzeczy równolegle, to trzeba podjąć decyzję, w czym chcę się uczestniczyć. To były trudne wybory dla mnie. Szczególnie ze świadomością, że po raz drugi się nie odbędzie. Czasami pytałem, czy będzie powtórka, czy nie.

Jaki rodzaj dostępności jest dla Was przydatny? Offline? Online?

Tomasz: Ja mogę korzystać ze wszystkich narzędzi dostępnościowych. Bez problemu oglądam g/Głuchą osobę migającą. Pod warunkiem, że ta osoba ma jakąś ekspercką wiedzę i miga o tym w ciekawy sposób. Przekaz musi być sensowny. Wtedy nie ma problemu z odbiorem. Wyobraźmy sobie na przykład, że g/Głuchy, bardzo doświadczony fizyk opowiada o sztuce, w której nie ma doświadczenia. Przekaz jest niekompletny i niejasny, nie ma pewności, czy dobrze zrozumiem. W takiej sytuacji wybieram napisy. Mam dużo opcji do wyboru. Władam językiem polskim może nie biegle, ale na tyle, żeby posługiwać się nim swobodnie bez pomocy i rozumieć bez problemu. Jednak język sztuki jest trudny i skomplikowany, a jej słownictwo bardzo bogate. Czytając napisy z takim słownictwem, nie daję rady, nie czytam ze zrozumieniem, mam problem z przyswojeniem takich treści. Wtedy wolę tłumacza PJM, który może wyjaśniać trudne pojęcia sztuki. Jeśli nie zrozumiem nic z napisów, to mogę zawsze oglądać tłumacza, tak dla uzupełnienia informacji.

Anna: To wszystko zależy od tego, dla kogo… Na przykład osoba, która nie zna migowego, woli napisy. Są osoby g/Głuche, które mogą korzystać z obu narzędzi: napisów i tłumacza języka migowego, oglądać równolegle. Słyszący mogą się skupiać jedynie na napisach. Napisy są też dobrym rozwiązaniem dlatego, że g/Głusi mają problem z językiem polskim. Można je więc traktować jako edukację, nauczanie języka polskiego, pomoc w opanowaniu gramatyki. Dzięki napisom mogą się uczyć.
Zdarzają się jednak tacy wśród g/Głuchych, którzy nie lubią języka polskiego, więc wybierają tłumacza języka migowego, patrzą na niego i omijają napisy. Dla mnie samej to nie ma znaczenia, obojętnie z czego korzystam. Znam dobrze zarówno język polski, jak i PJM, więc mogę bez problemu oglądać zarówno materiały z tłumaczeniem na PJM, jak i czytać napisy. Żaden problem.

Piotr: Powiedziałbym, że zależy od jakości pracy tłumacza. Dla mnie wygodne jest korzystanie z profesjonalnych tłumaczy. Jeśli tłumacz miga średnio, niewyraźnie, pomija treści, niestety nie widzę w tym sensu, co oznacza konieczność przeniesienia się na napisy. Napisy powinny być wiernie przetłumaczone, słowo po słowie. Słyszący mają pełny dostęp do informacji, my też chcemy mieć takie samo prawo do wiedzy, na takim poziomie, jak słyszący. Mówiąc krótko: profesjonalny tłumacz języka migowego. Korzystam z obu narzędzi dostępności. Jeśli można ustawić, to ustawiam tłumacza albo napisy, według uznania. Jeśli mam korzystać z obu narzędzi naraz, to nie daję rady, dlatego musi być decyzja, z jakiego narzędzia skorzystam. Zależy mi na tym, żeby uzyskać informacje w pełni, bez pomijania istotnych treści.

Karolina: Jeśli chodzi o mnie, to napisy. Napisy to zawsze lepsze rozwiązanie dla mnie.

Mateusz: Jeśli chodzi o sztukę, to wolę tłumacza PJM. W sztuce jest specjalistyczna terminologia, trudne wyrazy, których mogę nie zrozumieć, więc dla mnie byłoby łatwiej, jeśli ktoś mógł przetłumaczyć to na PJM, objaśnił, co oznacza jakieś pojęcie sztuki.

Co o chcielibyście powiedzieć organizatorom wydarzeń kulturalnych?

Mateusz: Z nauką języków generalnie jest tak, że nie da się przechodzić tak szybko na zaawansowany poziom znajomości, tylko przechodzi się naukę etapowo, prawda? Właśnie tak powinno się traktować naukę o sztuce dla g/Głuchych. Oni powinni być wprowadzani w edukację kulturową etapowo. Stopniowo zapoznawać się ze sztuką, jej różnymi dziedzinami, pojęciami itd. Sztuka dla g/Głuchych jest trudna do zrozumienia. Warto wrzucać filmy przedstawiające sztukę w klarowny i podstawowy sposób, żeby g/Głusi mogli opanować stopniowo różne skomplikowane definicje sztuki. Dzięki temu będą w stanie zrozumieć i odczytywać sztukę coraz lepiej. A może też z czasem będą bardziej zainteresowani. Uważam, że warto zacząć edukację od podstaw. Vlogi o sztuce mogą być dobrym narzędziem. Widziałem na przykład vlogi Michała Justyckiego. Jego wykłady były ciekawe, ale na bardzo zaawansowanym poziomie, g/Głusi nie byli w stanie obejrzeć do końca i rezygnowali w połowie. Nie rozumieli. A szkoda.

Karolina: Są g/Głusi edukatorzy zajmujący się sztuką, na przykład ty, czy Michał Justycki, Marek Krzysztof Lasecki. Widziałam niedawno takie vlogi z jego udziałem. Opowiadał w PJM o sztuce. Wykłady o sztuce opowiadane przez g/Głuchych edukatorów, ogląda się przyjemnie i wygodnie. Tylko właśnie g/Głusi edukatorzy sztuki, a nie słyszący, czy tłumacze języka migowego. Lepiej byłoby, gdyby było więcej takich g/Głuchych edukatorów. Głusi czują się najlepiej w kontakcie z innymi g/Głuchymi, z łatwością nawiązują kontakt, rozumieją się bez problemu, czują się równi. Jeśli ktoś przetłumaczy z mówionego na PJM, to czasami jest to trudne do zrozumienia.

Tomasz: Mam nadzieję, że te wysiłki i próby, które zostały podjęte w sieci nie tylko zostaną utrzymane, ale też przeniosą się do reala. Warto byłoby kontynuować, popracować nad jakością, żeby efekt był jeszcze lepszy. Wystarczy tylko zapewnić tłumaczy PJM i napisy, nic więcej. Należy także informować o takich wydarzeniach. Wiadomo, że nie wszyscy g/Głusi są zainteresowani wszystkim, wybierają to, co lubią. Społeczeństwo osób niesłyszących w porównaniu do słyszących jest mniejsze. Pośród niesłyszących niewiele jest osób pasjonujących się życiem kulturalnym. Instytucje kultury nie powinny zwracać uwagi na frekwencję odbiorców. Nawet jeśli przychodzi 2-3 osoby, które są naprawdę bardzo zainteresowane kulturą i sztuką, to też się liczy. Każde miejsce powinno być otwarte, dostępne dla wszystkich bez względu na frekwencję.

Piotr: Chciałbym prosić, żeby organizatorzy zwiększyli liczbę wydarzeń z udziałem tłumaczy języka migowego na tyle, ile da się zrobić. Żeby dostępne były też małe galerie. Mogą być tłumacze albo napisy. Żeby się konsultowali i przystosowywali tematyczne materiały do potrzeb osób g/Głuchych. Potrzebowałbym dostępności w takich miejscach. Chętnie wziąłbym też udział w warsztatach za pośrednictwem platformy Zoom, na których moglibyśmy się wymieniać, zrobić coś, dopytywać o cokolwiek.

Anna: Jeśli chodzi o wydarzenia w sieci, to uważam, że warto pamiętać o tłumaczeniu na PJM i o tym, że jak już jest, to trzeba zapewnić widzom jak najlepszą jakość oglądania. Wielkość tłumacza naprawdę ma znaczenie. Nie może być za mały, trzeba powiększyć go tak, jak należy. Musi być dobrze widoczny i czytelny.

Jak chcecie, żebyśmy Was przedstawili?

Anna: Wykładowca języka migowego, z zawodu pedagog. Kocha przyrodę, podróże i sport. Lubi poznawać ciekawych i inspirujących ludzi. Nie boi się nowych wyzwań, lubi je podejmować.

Tomasz:  Jestem Głuchy od urodzenia. Wychowywałem się w rodzinie Głuchych. Moim pierwszym językiem jest PJM. Pracuję w dziale księgowości. Mówię o sobie: Głuchy księgowy o ścisłym umyśle z dozą wrażliwości na sztukę.

Karolina i Mateusz: świeżo upieczone małżeństwo Głuchych 🙂 Mama, lektorka PJM, z zawodu księgowa. I tata, biegacz, trener personalny, z zawodu nauczyciel.

Piotr: Jestem fotografem miłośnikiem. Kocham kolory natury, niepowtarzalność formy i kształtu.


Justyna Kieruzalska – graficzka i ilustratorka. Założycielka studia graficznego UHO, gdzie zajmuje się projektowaniem graficznym i ilustracjami. Jako edukatorka i animatorka środowiska Głuchych współpracowała z Galerią Labirynt w Lublinie, ale także instytucjami kultury i NGOsami, w tym w Poznaniu i Białymstoku. Należy też do Rady Kultury Miasta Lublina. W tym roku została Kobietą na Medal 2020 Gazety Wyborczej. Jest również autorką ilustracji w publikacjach: „Odmienny Świat?” oraz komiksów „Igor i Wehikuł czasu”, „Holokaust”.


tekst pochodzi z Magazynu PURPOSE – nr 83 Październik 2020 – temat numeru: #dostępnośćuczęsię

projekt #dostępnośćuczęsię dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”.

Zostaw komentarz

Od redakcji: Wprowadzenie do numeru

tekst: Agata Etmanowicz

Okładka magazynu Purpose. Rozmyte zdjęcie - widoczny fragment dłoni i oko. Wokół zdjęcia prostokątna ramka, przypominająca taśmę ostrzegawczą. Z lewej strony ramka jest przerwana a w przerwie znajduje się czarny znaczek „hasztag”. Powyżej zdjęcia napis PURPOSE, poniżej tekst numer 83 / 2020 / temat / #dostępnośćuczęsię. Poniżej zdjęcia napisy „Fundacja Polska Bez Barier / Dostępność w kulturze / Perspektywa publiczności”.

„Im więcej wiesz, tym więcej pozostaje do poznania i wciąż tego przybywa.”
(F. Scott Fitzgerald)


Ten numer Magazynu Purpose powstał w ramach projektu #dostępnośćuczęsię. Nie będziemy tu szczegółowo opowiadać o projekcie: ani o jego założeniach, ani nawet o genezie jego powstania. O tym wszystkim można przeczytać tu: strona internetowa Fundacji Polska Bez Barier blog.

Możemy Wam za to coś wyznać. Przystępując do tego projektu, robiłyśmy go z myślą o naszych odbiorcach i odbiorczyniach, tj. kadrach kultury (bo przecież dla nich projekt był stworzony!). Za naszym pośrednictwem i przy naszym wsparciu ludzie kultury mieli „uczyć się” dostępności praktycznie: poprzez doświadczanie i doświadczenie odmienione przez różnych ludzi i poprzez testowanie różnych rozwiązań w działaniu.

Projekt jednak okazał się być doświadczeniem uczącym także – a może przede wszystkim – nas. Przy okazji niemałą lekcją pokory… Ta kilkumiesięczna podróż, zakopanie się w temacie dostępności w obszarze kultury (i nie tylko!) udowodniły nam, jak dużo jest jeszcze do zrobienia, jak wiele do odkrycia. Wszystko to odmienione przez wielu, wielu ludzi i zderzenie dwóch perspektyw – publiczności i organizacji/instytucji kultury.

Teksty do Magazynu Purpose rodziły się niejako równolegle do innych działań w projekcie, nie jesteśmy więc w stanie oddać tu wszystkiego, czego się wspólnie nauczyliśmy i nauczyłyśmy. Możemy podzielić się wycinkami, fragmentami. Dać namiastkę doświadczenia, pokazać kilka osób, z którymi miałyśmy okazję się spotkać i współpracować, kilka konkretnych rozwiązań narzędziowych, odrobinę inspiracji i materiału do dalszej refleksji.

Obiecujemy jednocześnie, że na tym nie poprzestaniemy, a koniec projektu nie oznacza dla nas końca pracy, bo przecież dostępność to proces. Ba! Projekt udowodnił nam, że w wielu przypadkach dostępność to za mało, trzeba pójść o krok dalej…   
W tym miejscu kłaniamy się nisko i dziękujemy uczestnikom i uczestniczkom projektu za wspólną podróż oraz wszystkim zaangażowanym osobom, które były dla nas wsparciem i źródłem wiedzy. 

Każdemu i każdej z Was dziękujemy z osobna! Oto oni i one (kolejność przypadkowa):
Kamila Wróblewska – za wsparcie, wszystkie rozmowy i inspiracje, dzielnie się wiedzą i doświadczeniem
Mikołaj Rotnicki – za konkretne, techniczne wskazówki, udział w webie i „naprostowanie” nas tam, gdzie trzeba
Paweł „Babilon” Szarek – za to, że nie tylko robi dostępne strony, ale też potrafi o nich opowiedzieć (i to jeszcze tak, że osoby niebiegłe w technikaliach złapią, o co chodzi)
Joanna Ciesielska i Magda Schromová – za niesamowity profesjonalizm w połączeniu z niespotykaną energią – nieważne czy tłumacząc, czy opowiadając o tłumaczeniu
Mariusz Trzeciakiewicz – za to, że od wielu lat mamy przyjemność współpracować praktycznie, a teraz zgodził się podzielić z nami zapleczem tej pracy
Marta Zając – za totalny pozytyw, bycie turbofestiwalowiczką i za to, że zgodziła się o tym opowiedzieć
Tomasz Grabowski – za wszystkie warsztaty otwierające oczy na Kulturę Głuchych i za bycie nieustającą inspiracją i skarbnicą wiedzy
Justyna Kieruzalska – za ciepło, cierpliwość do nas i wsparcie na każdym etapie, za bycie łączniczką i odwagę wejścia w rolę dziennikarki i za chęć podzielenia się swoim profesjonalnym doświadczeniem z innymi
Daniel Kotowski – za chęć wejścia w relację z nami, za mega pozytywne i ciekawe spotkanie, za perspektywę praktyka
Justyna Sobczyk i Teatr 21 – za podzielenie się swoim wieloletnim doświadczeniem i historiami z życia i praktyki Teatru 21 i napełnienie nas energią do działania
Bartek Lis – za pasjonujące historie projektowe, podzielenie się doświadczeniem i wskazówkami oraz rozkodowanie terminu „seniorki i seniorzy zależnymi”  
Martyna Groth – za praktyczne narzędzia, wytyczne, rozmowy, skłonienie do refleksji i za to, że już nic nigdy nie będzie dla nas neurotypowe
Ekipa Leżę i Pracuję: Alicja Łagodzińska, Krzysiek „Biały” Białoń, Artur Szaflik – za to wszystko, czego możemy się od Was nauczyć i za to, że mieliśmy okazję Was poznać i pobrać trochę Waszego pozytywu  
Katarzyna Bierzanowska (z zespołem) – nie tylko za opowiadanie o tym, jak robić dostępnie, ale za bardzo konkretne wsparcie nas w procesie tworzenia dostępności
 
Dziękujemy wszystkim tłumaczom i tłumaczkom PJM: Marlenie Florczyk i Annie Boryckiej, Kubie Malikowi i Fundacji Świat Głuchych oraz – ponownie w tym miejscu – Joannie Ciesielskiej i Magdzie Schromovej. 

Dziękujemy Wam wszystkim, którzy i które zgodziliście się wziąć udział w wywiadach, dzięki czemu mogliśmy lepiej poznać perspektywę różnych publiczności (kolejność przypadkowa): Cezary Skrzyński, Radosław Dębiec, Robert Zarzecki, Łukasz Wilczyński, Sylwia Mądra, Janek Gawroński, Tomasz Komorski, Tomasz Nowakowski, Karolina i Mateusz Borowscy. I wszystkim tym, którzy woleli i które wolały pozostać anonimowi i anonimowe.

No i niestrudzonemu i niezastąpionemu zespołowi Fundacji Polska Bez Barier też dziękujemy (to zrymujemy, a co!):
Karina Augustyniak – za przelewów klikanie
Maciej Augustyniak – za wspieranie, webowanie i generalne mądralowanie
Sławek Florkowski – za na warsztatach gadanie i ćwiczeń szykowanie
Małgorzata Kmieć – za ogarnianie, papierów pilnowanie i ręki na pulsie trzymanie
Ania Wojewoda – za całości rozliczanie

I dziękujemy Narodowemu Centrum Kultury, bo bez dofinansowania w ramach programu „Kultura w Sieci” realizacja tego projektu w takim zakresie nie byłaby możliwa.
Zapraszając Was serdecznie do lektury, pozwólcie, że zakończymy apelem do nas wszystkich, pracujących w kulturze i wszędzie indziej: bądźmy ciekawi ludzi, wsłuchujmy się w ludzi i w ich potrzeby, pytajmy, stwarzajmy możliwości – nie przestawajmy uczyć się dostępności i siebie nawzajem!

W imieniu Fundacji Polska Bez Barier
„Komitet Sterujący” projektu #dostępnośćuczęsię
Agata Etmanowicz i Paulina Tota

Na Wasze listy czekamy pod adresem: redakcja[a]purpose.com.pl


tekst pochodzi z Magazynu PURPOSE – nr 83 Październik 2020 – temat numeru: #dostępnośćuczęsię

projekt #dostępnośćuczęsię dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”.

Zostaw komentarz